Małe lawiny

(Small Avalanches)

Joyce Carol Oates

Dręczyłam mamę o dziesięć centów, więc w końcu dała mi dziesite dziesięć centów i poszłam ścieżką, potem na skróty do szosy, aż dotarłam do stacji benzynowej. Prowadził ją mój wujek Winfield. W garażu stały dwa automaty i musiałam wybrać między nimi: w jednym znajdowały się gazowane napoje, w drugim batoniki. Nie, właściwie automaty były trzy, ale ten ostatni sprzedawał papierosy i nie obchodził mnie.

Wahałam się dłuższą chwilę, wreszcie kupiłam pepsi-colę.

Stałam przed garażem, w którym wujek naprawiał samochód. Leżał pod nim na drewnianym podeście ułożonym na rolkach, żeby łatwo można było wsunąć się pod wóz; widziałam tylko jego stopy. Miał olbrzymie, ciężkie buty, całe umazane smarem. Spytałam go, czy moja kuzynka Georgia jest w domu – mieszkali niecałe dwie mile stamtąd i mogłam się przejść – ale wujek odparł, że nie, bo najęła się na trzy dni do niańczenia czyjegoś dziecka w Stratton. Słyszałam już o tym wcześniej, ale miałam nadzieję, że tamci rodzice może się rozmyślili.

Czasami jakiś pan przychodził żeby otworzyć te automaty i wybrać z nich monety. Zdarzało się, że trafiałam na niego i ciekawiło mnie to – jak łatwo było odmienić te automaty, jeśli tylko miało się klucz, który je otwiera. Ten pan przyjeżdżał białą półciężarówką z tablicami z Kansas – były innego koloru niż nasze – otwierał maszyny, wyjmował monety, i zamykał. Kiedy byłyśmy młodsze, lubiłyśmy patrzeć jak to robi. Było w tym coś niezwykłego, jak szybko można było zmienić wygląd tych automatów – przednie ściany ich obudów otwierały się na oścież i widać było ich wnętrzności, bo właśnie przyjechał pan z odpowiednim kluczem.

- Czy przyjedzie dzisiaj ten pan po pieniądze?

Wujek nie usłyszał. Wysysałam pepsi-colę i oblizywałam krawędź butelki. Zawsze uwielbiałam smak pepsi, smak pierwszych dwóch, trzech łyków. Później czułam, że mam pełny żołądek i że dalej muszę pić powoli. Czasami nawet wylewałam resztę, ale tak, żeby nikt nie widział.

- Ten pan co obsługuje te maszyny – przyjedzie dzisiaj?

- Kto? Nie. Dopiero w przyszłym tygodniu.

Wujek wytoczył się na rolkach spod samochodu. Był bratem mojej mamy, starszym od niej o kilka lat. Miał gęste, potargane włosy i brudną twarz.

- Dzwoniłaś wczoraj wieczorem do Georgii?

- Nie. Mama mi nie pozwoliła.

- Ktoś musiał dzwonić, bo Betty chciała sprawdzić, co smarkula robi, ale ten cholerny telefon był zajęty całą noc. Betty chciała nawet pojechać do Stratton, sześć mil jazdy tylko po to, żeby się przekonać, że wszystko jest w porządku. Nie dzwoniłaś do niej, co?

- Nie.

- Betty zadzwoniła do niej dziś rano żeby ją ochrzanić, ale ona twierdzi, że z nikim nie rozmawiała, że pewnie coś nawaliło w centrali. Georgia to wredna mała kłamczucha, a jeżeli przyłapię ją na tym, że coś kręci…

Odszedł, wrócił do garażu. Tylną kieszeń kombinezonu wypychała mu brudna chustka. Zawsze wyciągał ją i wycierał nią twarz nie patrząc na nią, nawet jeśli była całkiem brudna. Obserwowałam go, żeby zobaczyć, czy i teraz to zrobi – i zrobił.

Śmiać mi się chciało na ten widok, i z tego jak zbrodnia uszła Georgii na sucho. Nietrudno było się domyślić, kto taki rozmawiał z nią przez telefon.

Bąbelki zaczęły szczypać mnie w język, słodko-kwaśny smak, który niemal wywoływał ból. Usiadłam i zapatrzyłam się na szosę. Było to w samym środku Colorado, przy drodze, która biegnie ze wschodu na zachód. Upalny dzień. Wypiłam jeden, dwa, trzy, potem cztery łyczki napoju. Było mi tak gorąco, że przycisnęłam butelkę do kolan. Próbowałam utrzymać ją na jednym kolanie, ale przewróciła się i spadła; patrzyłam jak pepsi rozlewa się po asfalcie.

Byłam zbyt leniwa, żeby się odsunąć i pepsi oblała palce moich bosych stóp.

Przejechał pan Watkins swoją półciężarówką, przywitał się ze mną i z wujkiem stukając w klakson. Jechał do Stratton. Pomyślałam, Cholera, mogłam się była z nim zabrać. Nie wiem, dlaczego mnie to wkurzyło, bo i tak musiałam być niedługo z powrotem w domu, mama zabiłaby mnie, gdybym pojechała do miasta bez uprzedzenia. Zrobiłyśmy tak kiedyś z Georgią, zaraz po tym jak szkoła skończyła się w czerwcu, poszłyśmy na spacer szosą i zatrzymałyśmy faceta w sfatygowanym wozie, który wyglądał znajomo – tak się nam zdawało, ale kiedy podjechał i otworzył drzwi, okazało się, że to ktoś całkiem obcy i było już za późno. Na szczęście nic się nie stało, facet był w porządku. Wróciłyśmy do domu pieszo, bo już bałyśmy się łapać okazję. Moi rodzice o niczym się nie dowiedzieli, Georgii też nie, ale nie próbowałyśmy tego więcej.

Poszłam za wujkiem do stacji benzynowej. Budynek był ze zwykłego drewna, biała farba położona parę lat temu zaczynała się łuszczyć. Był tam tylko jeden pokój, z betonową podłogą, spękaną i poplamioną smarem. Znałam to miejsce na pamięć: sufit, zbiorniki, czarne gumowe węże zwisające z wielkich zardzewiałych haków wbitych w ścianę, moja ulubiona reklama piwa Cat’s Paw i jeszcze inne reklamy piwa i papierosów na tekturowych stojakach. Patrząc na nie trudno było uwierzyć, że przywożone były zupełnie płaskie i dopiero trzeba było je rozłożyć i ustawić samemu, jak te śmieszne ilustracje pod choinką. Wewnątrz automatu z czekoladą, za szybką, leżały batoniki: Milky Way, O Henry, Junior Mints, Mallow Cup, Three Musketeers, Hershey. Lubiłam je wszystkie. Czasami moim ulubionym był Milky Way, a czasami przez trzy tygodnie z rzędu kupowałam tylko Mallow Cup, bo chciałam zebrać wszystkie litery wydrukowane na kartonikach potrzebne do ułożenia napisu Mallow Cup. W każdym batoniku była jedna litera, a kiedy ułożyło się cały napis można było wysłać go i dostać nagrodę. Ale bardzo trudno było znaleźć literę „w”. Najczęściej znajdowało się „l”, To był dopiero pech, rozerwać papier i znaleźć jeszcze jedno „l”, kiedy miało się już ich dziesięć.

- Mogę pożyczyć dziesięć centów? – spytałam wujka.

- Nie mam drobnych.

Akurat, pomyślałam. Wujek zawsze był sknerą.

Nacisnęłam guzik z napisem „zwrot monet”, ale nic nie wypadło. Pociągnęłam za gałkę pod Mallow Cup, ale nic nie wypadło.

- Nancy, nie baw się tym, co?

- Nie mam nic do roboty.

- Już twoja matka znajdzie dla ciebie jakieś zajęcie.

- Jak ma coś do zrobienia, niech sama to zrobi.

- Powiesz jej to?

- A pewnie.

- Słuchaj, czy twój ojciec nie dowiedział się nic więcej o tym chłopaku z Polo?

- Jakim chłopaku?

- Nie wiem dokładnie – tym co wdał się w bójkę i aresztowali go, służył w marynarce razem z twoim ojcem, nie pamiętam jego imienia.

- Czy ja wiem.

Wujek ziewnął. Wyszłam za nim na dwór, a on przeciągnął się i znowu ziewnął. Było bardzo gorąco. Na asfalcie pojawiały się te niby-kałuże, które zawsze były takie tajemnicze i które odsuwały się, kiedy się do nich podchodziło. Potrafiły człowieka zahipnotyzować. Naprzeciwko garażu, na słupie, wisiała skrzynka na listy, a za nią rozciągały się zarośla, nic, na czym można by oprzeć oko, same pastwiska i skaliste wzgórza.

Przyszło mi na myśl, żeby sprawdzić, czy przyszły jakieś listy do wujka, ale wiedziałam z góry, że skrytka jest pusta. Rano tego dnia dostaliśmy tylko jakąś reklamówkę, którą kiedyś zamówiłam, wyjaśniającą jak zarobić pieniądze na domokrążnej sprzedaży biżuterii, ale od tamtej pory zdążyłam już o niej zapomnieć.

- Georgia to dopiero ma fart – powiedziałam. – Mnie też przydałoby się parę dolarów.

- Aha – odparł wujek. Nie słuchał.

Przejrzałam się w lusterku samochodu, który naprawiał. Nie wiem, jakiej był marki, nigdy nie mogłam spamiętać wszystkich nazw, które znali chłopcy. Samochód był ciemnobrązowy, z masywnymi błotnikami, a na zderzaku widniały drobiny rdzy, jak iskierki. W zakamarkach podwozia pełno było starego, zaschniętego błota. Na podłodze leżała czarna mata z gumy. Byłam rozczochrana. Miałam gęstą, ciężką grzywę włosów w kolorze, na który wszyscy mówili „sprany”. Na zdjęciach z dzieciństwa widać, że były jasno blond.

- Szkoda, że nie mam takiej pracy jak Georgia – powiedziałam.

- Georgia jest o rok starsza od ciebie.

- Wielkie mi co.

Miałam trzynaście lat, ale byłam taka duża jak Georgia, wszędzie, a do tego sprytniejsza. Wyglądałyśmy podobnie. Miałyśmy takie same długie, gęste, luźne włosy, które skręcały się od wilgoci w lepkie kędziory, ale bardzo łatwo dawało się układać je w loki, na przykład do kościoła. Dałam spokój włosom i nachyliłam się nad lusterkiem, żeby przyjrzeć się swojej twarzy. Ułożyłam wargi w kółeczko, patrząc jak się marszczą. Potrafiły tak się skurczyć, że prawie ich nie było. Pokazałam sobie język.

Coś zaszurało na żwirze. Obejrzałam się i zobaczyłam podjeżdżający samochód. Droga od szosy była wysypana żwirem, dopiero przy dystrybutorach wujek położył asfalt. Samochód był biały, rzadko spotykało się ten kolor, a rejestracja pochodziła z Kansas.

Kierowca kazał wujkowi nalać benzyny do pełna i wysiadł, żeby rozprostować ramiona.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

- Cześć – powiedział.

- Cześć.

Zagadnął wujka coś na temat upału, a wujek odpowiedział, że nie jest jeszcze tak źle. Bo on właśnie taki jest – zawsze wszystkiemu zaprzecza. Mama nie cierpi go za to. Ale potem dodał – Słyszał pan, że nadchodzi susza? Ta pogoda ma się utrzymać aż do września. – Wujek mówił o ostatnich wiadomościach biura prognoz, ale ten facet nie miał pojęcia, o co chodzi. Wujek mówił o Wiadomościach i Prognozach Lokalnych. Wkurzyło mnie to, że wujek jest taki głupi, że zdaje mu się, że człowiek z innego stanu i prawdopodobnie z miasta, mógł wiedzieć coś o tym, albo że mogło go to w ogóle obchodzić. Wkurzyło mnie to. Zauważyłam moją butelkę po pepsi – leżała tam, gdzie ją upuściłam, ale nie chciało mi się odkładać jej do skrzynki, chociaż powinnam.

Poszłam wzdłuż szosy, po asfalcie, bo na poboczu pełno było kamieni i kolczastego zielska, po którym łaziły robaki i nie miałam ochoty chodzić po tym boso. Zrobiło mi się gorąco i byłam o coś zła. Poczułam, że zbiera mi się na ziewanie, jakby bąbelek gazu z Coli chciał się wydostać na zewnątrz. Moja kuzynka Georgia mieszkała w mieście i jedynym jej obowiązkiem było pilnowanie małej dziewczynki, która nosiła grube okulary i była trochę dziwaczna, ale w sumie grzeczna, spokojna i bezproblemowa. Georgia dostawała za to dwa dolary. Pomyślałam ze złością, że jeśli ktoś będzie przejeżdżał, to zatrzymam go i podjadę do Stratton, a matkę mam gdzieś.

Ale kiedy usłyszałam samochód, zeszłam z drogi i czekałam, aż przejedzie. Uparłam się nie oglądać się za siebie, nie obchodziło mnie kto to jest, ale samochód jakoś mnie nie mijał i wreszcie spojrzałam przez ramię – a to był ten pan, który zatrzymał się na stacji wujka, żeby zatankować. Jechał bardzo powoli. Zeszłam jeszcze dalej na pobocze i czekałam, aż mnie minie. Ale on podjechał do krawężnika, nachylił się ku mnie i zawołał przez otwarte okno – Podrzucić cię do domu? Wsiadaj.

- Nie trzeba, dziękuję.

- Chodź, zawiozę cię do domu. To żaden kłopot.

- Dziękuję, nie trzeba. To bardzo blisko – powiedziałam.

Zawstydziłam się i nie chciałam patrzeć na niego. Ludzie tak się nie zachowywali, dorosły mężczyzna w samochodzie – co ja go obchodziłam. Albo łapało się okazję albo nie, a jeśli nie, to nikt nie zwalniał tylko po to, żeby zapytać. Ten facet to wariat, pomyślałam. Czułam się jakoś dziwnie. Usiłowałam odwrócić od niego wzrok, ale nie było na co patrzeć, ani jednej krowy nawet, tylko pola, karłowate drzewa i przewracający się płot z drutu kolczastego.

- Pokaleczysz sobie stopy, jak będziesz tak spacerować – powiedział ten mężczyzna.

- To nic.

- Hej, uważaj na tego węża!

Nie było żadnego węża. Zaśmiałam się od niechcenia, żeby pokazać, że rozumiem dowcip, ale uważam, że nie jest bardzo śmieszny.

- Są tu węże w okolicy? Grzechotniki?

- Czy ja wiem.

Cały czas jechał obok mnie, bardzo powoli. Rzadko kiedy widuje się samochód jadący tak wolno, to strasznie dziwny widok. Starałam się nie patrzeć na niego. Ale nie było na co patrzeć, tylko ziemia, droga, a w oddali góry i parę chmur.

- Ten facet na stacji był zły na ciebie, podniósł z drogi twoją butelkę.

Chciałam zacisnąć usta, ale moje wyschnięte wargi rozchyliły się same. Zastanawiałam się, czy nie mam za dużych zębów z przodu.

- Dlaczego poszłaś sobie tak prędko? To było niegrzeczne. Zapomniałaś zabrać butelkę, ten facet tam powiedział, że ktoś mógł na nią najechać i przebić oponę. Był na ciebie zły.

- To mój wujek – powiedziałam.

- Słucham?

Nie usłyszał mnie, albo tylko udawał, że nie słyszy, więc musiałam odwrócić się do niego. Był nawet przystojny, uśmiechał się. – To mój wujek – powtórzyłam.

- Ach tak? Wcale nie jesteś do niego podobna, wiesz? Mieszkasz tu blisko?

- Kawałek. – Czułam się zakłopotana i zaczęłam się śmiać, nie wiem dlaczego.

- Nie widzę żadnego domu.

- Stąd go nie widać – śmiałam się.

- Co cię tak rozbawiło? Moja twarz? Wiesz co, kiedy się uśmiechasz, jesteś bardzo ładna. Powinnaś się bez przerwy uśmiechać… – Poświęcał mi tyle uwagi, że chciało mi się śmiać. – Mówię prawdę. Czemu się czerwienisz?

Zawsze szybko się rumieniłam, tak jak mama. Obie nie cierpiałyśmy tego i wkurzali nas ludzie, którzy dokuczali nam z tego powodu. Ale nie mogłam być na niego zła.

- Martwię się o twoje stopy i te węże tutaj. Nie ma tu grzechotników?

- Czy ja wiem.

- Tam gdzie mieszkam są ulice i chodniki, i oczywiście nie ma żadnych węży, ale to nic ciekawego. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Chyba chciałbym tu mieszkać, pomimo tych węży – to bardzo piękna, surowa okolica, prawda? Lubisz te góry, tam? Pewnie ich nawet nie zauważasz?

Wskazywał palcem, ale nie patrzyłam w tamtą stronę. Popatrzyłam na niego, uśmiechał się. Był w wieku mojego ojca. ale nie wyglądał tak groźnie jak ojciec, który miał na czole pionową bruzdę od ciągłego marszczenia brwi, jak bliznę po cięciu nożem. Ten pan miał na sobie koszulę, prawdziwą białą koszulę – w środku wsi. Miał zwilżone, zaczesane do tyłu włosy; były wilgotne nawet teraz, jakby dopiero co je uczesał.

- Tak, chciałbym tu mieszkać i zażyć trochę wysiłku fizycznego – powiedział. Miał bardzo radosny głos. – Pal sześć wszystkie węże! Skoro nie chcesz się ze mną przejechać, to może ja z tobą pospaceruję.

To dopiero mnie rozbawiło: ja z tobą pospaceruję.

- Co w tym śmiesznego? – spytał, ale sam też się śmiał.

Nikt normalny tak ze mną nie rozmawiał, ale nie powiedziałam nic. Zaparkował samochód na poboczu i wysiadł, usłyszałam jak wrzuca kluczyki do kieszeni. Podrapał się po brodzie. – No wspaniale! Wspaniałe, rześkie, cudowne wiejskie powietrze! Lubisz tu mieszkać?

Potrząsnęłam głową, nie.

- Nie porzuciłabyś chyba tego wszystkiego dla życia w mieście, co?

- Pewnie, że tak.

Szłam szybko, żeby wysunąć się do przodu. Nie mogłam powstrzymać chichotania, tak byłam zawstydzona – ten pan w białej koszuli naprawdę szedł za mną po szosie, naprawdę chciał zostawić swój samochód, zaparkowany tak po prostu! Nikt nigdy nie stał na szosie, chyba że wędkarze przy strumieniu, albo wraki. Z tego wszystkiego twarz zaczęła palić mnie jeszcze bardziej.

Przyspieszył, żeby mnie dogonić. Słyszałam jak drobne monety i klucze dźwięczą w jego kieszeniach.

- Nie powiedziałaś mi jeszcze jak masz na imię. To niezbyt grzecznie.

- Nancy.

- Nancy jaka?

- Czy ja wiem.

- Nancy Czyjawiem?

Nic z tego nie rozumiałam. Uśmiechał się szeroko. Był niższy od ojca i teraz, w jasnym słońcu widziałam, że jest też starszy. Nie miał opalonej twarzy, a delikatny uśmiech nie znikał z jego ust. Mężczyźni tacy jak mój ojciec, wujkowie i inni nigdy nie zadawali sobie trudu, żeby się tak do mnie uśmiechać, nigdy nawet na mnie nie patrzyli. Zdarzało się, że jacyś mężczyźni gapili się na mnie, obcy ludzie na stacji Greyhounda w Stratton czekający na autokar do Denver albo Kansas City, ale oni nie byli tacy przyjaźni, szybko przestawali się uśmiechać.

Kiedy doszłam do ścieżki, powiedziałam – No to do widzenia. Ja idę tędy, na skróty.

- Na skróty dokąd?

- Czy ja wiem – powiedziałam, speszona.

- Do domu, Nancy?

- Tak. To znaczy nie, do naszej drogi. Jest długa na pół mili.

- Naprawdę? Taka długa?

Podszedł bliżej. – No, do widzenia – powiedziałam.

- To długa droga, prawda? Pewnie zimą całkiem zasypuje ją śnieg. Dużo śniegu tu pada zimą…

- Tak.

- A więc twój dom jest tam…? – zapytał, pokazując kierunek. Uśmiechał się. Kiedy stał tak nade mną, wyprostowany, patrząc ponad moją głową, przypominał trochę tych panów z miasta. Ale po chwili znów spojrzał na mnie i uśmiechnął się, znów wyglądał przyjaźnie. Pomachałam mu na do widzenia, przeskoczyłam rów i wspięłam się na płot, piekielnie niezgrabnie, akurat kiedy ktoś musiał na mnie patrzeć, normalka. Zahaczyłam szortami o kolec, a ten pan powiedział – Poczekaj, pomogę ci się uwolnić – ale szarpnęłam się i zeskoczyłam na ziemię. Pomachałam mu i poszłam. Ale on powiedział coś do mnie i kiedy się obejrzałam, sam wspinał się na ogrodzenie. Tak mnie to zaskoczyło, że stałam bez ruchu i patrzyłam na niego.

- Lubię skróty i sekretne ścieżki – powiedział. – Przejdę się z tobą kawałek.

- Co panu… – zaczęłam. Przestałam się uśmiechać, bo coś było nie w porządku. Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam tylko ścieżkę za sobą, którą wszystkie dzieci chodziły, parę głazów i karłowatych krzaków. Na szczycie wzgórza rosło wielkie drzewo, w które pioruny uderzały przy każdej burzy. Gapiłam się na to wszystko i nie rozumiałam, co właściwie widzę.

- Jesteś bardzo odważną dziewczynką, żeby tak chodzić boso – powiedział ten pan gdy stanął tuż obok mnie. – A może masz stwardniałe stopy?

Taka byłam niespokojna, że nie rozumiałam o czym mówi; wreszcie kiedy dotarło do mnie jego pytanie powiedziałam tylko – To nic – i przyspieszyłam kroku. Czułam mrowienie w całym ciele, jak to w ustach od pepsi-coli.

- Zawsze tak szybko chodzisz? – zaśmiał się.

- Czy ja wiem.

- Tylko tyle umiesz powiedzieć? Nancy Czyjawiem! Dziwnie się nazywasz. Nie jesteś stąd?

Znowu mnie rozśmieszył. Szłam coraz szybciej, w końcu podbiegłam kilka kroków ale zaraz się zmęczyłam. To było dziwne – zmęczyłam się prawie natychmiast.

- Dokąd idziesz, Nancy? – zawołał za mną ten pan.

Ale biegłam dalej, nie za szybko. Po kilku krokach obejrzałam się za siebie – szedł za mną, uśmiechnięty i zdyszany. Zauważyłam, że stanął jedną nogą na luźnym kamieniu i wiedziałam co się za chwilę stanie – kamień osunął się mu spod nogi i on prawie się przewrócił. Roześmiałam się, a on spojrzał na mnie zaskoczony, uśmiechnięty.

- Ta ścieżka jest pełna pułapek, co? Nancy przygotowała dla mnie swoje sztuczki i pułapki, tak?

Nie miałam pojęcia, o czym on mówi. Wbiegłam na zbocze wzgórza, uważając, żeby nie nadepnąć na bydlęce łajno albo na coś ostrego; nadal brakowało mi tchu, ale czułam siłę w nogach. Czułam, że moje nogi mają ochotę biec gdzieś daleko.

- Zboczyłaś ze ścieżki – powiedział, udając, że jest o to zły. – Hej. To nieuczciwe. A może to twoja kolejna sztuczka?

Zachichotałam, ale nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

- Sama wydeptałaś tę ścieżkę? – zapytał. Oddychał ciężko, biegnąc pod górę. Gapił się na mnie bez przerwy i wspinał się z rękoma wspartymi na kolanach. – Mała Nancy, ty jesteś jak źrebak albo antylopa, taka zgrabna – czy to twoja sekretna ścieżka? Czy inni też nią chodzą?

- Mój brat i inne dzieciaki, kiedy są w okolicy – powiedziałam na odczepnego. Szłam teraz pod górę tyłem, żeby móc go widzieć. Miał przerzedzone włosy, widać było skórę na jego czaszce. Tuż nad czołem miał jakby dwa guzy, nieduże, ale wyglądało jakby kość wystawała trochę i skóra na niej była jasnoróżowa, jak opalona, ale reszta jego twarzy była biała.

Znów stanął na obluzowanym kamieniu, który obsunął się razem z drobnym żwirem i zaschłym błotem. Upadł uderzając się w kolano. – Jezu! – krzyknął. Śmiesznie wyglądał kuląc się na ziemi. Musiałam zasłonić usta ręką. Kiedy znów na mnie spojrzał, uśmiechał się, ale inaczej. Wstał, wspierając się na rękach, chrząknął i wytarł dłonie w spodnie. Pobrudził je ziemię. Śmiesznie wyglądał.

- Bawi cię moja twarz? Czy to takie śmieszne?

Nie chciałam się śmiać, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Z całej siły przyciskałam rękę do ust.

Wpatrywał się we mnie. – Co widzisz w mojej twarzy, Nancy? Widzisz tam cokolwiek? Widzisz moją duszę, mnie, czy z tego właśnie się tak śmiejesz? – Dał krok w moją stronę, ale odsunęłam się natychmiast. To było jak jakaś gra. – Przestań, Nancy, zwolnij, nie idź tak szybko – powiedział. – Zwolnij, proszę…

Nie rozumiałam, o czym on mówi, mogłam tylko śmiać mu się prosto w twarz. Była bardzo napięta, bardzo dziwna, wyglądała tak ważnie.

Zauważyłam duży głaz trochę wyżej, obiegłam go z drugiej strony i popchnęłam – potoczył się prosto na niego, tak że musiał uskoczyć z drogi. – Jezus Maria! Hej! – wrzasnął. Parę innych odłamków potoczyło się w ślad za głazem i jeden z nich trafił go w nogę.

Tak się śmiałam, że aż rozbolał mnie brzuch.

On też się śmiał, ale inaczej niż przedtem.

- To taka próba dla mnie, tak? Mały egzamin wstępny. Na tym polega twoja gra? Tak, Nancy?

Wbiegłam wyżej na wzgórze, tam, gdzie zbocze było bardziej strome. Oddech miałam tak szybki, że zaczęłam się obawiać, czy nic mi nie jest. A on ciągle szedł za mną, pochylony do przodu, i patrzył na mnie, przyciskając rękę do piersi. Widziałam jak jego dłoń podnosi się i opada, tak ciężko oddychał. Widziałam nawet jak oblizuje wyschnięte wargi… Wystraszyłam się i znów poczułam to mrowienie, które zaczynało się w języku i rozchodziło na całe ciało. Nie mogłam powstrzymać chichotu.

Powiedział coś, co zabrzmiało jak „nic do śmiechu” ale reszty nie usłyszałam. Włosy miałam całe mokre z tyłu, gdzie wiedziałam, że trudno będzie je rozczesać. Podszedł bliżej, potykając się, a ja dla żartu kopnęłam go, żeby go wystraszyć – odskoczył do tyłu, spróbował przytrzymać się gałęzi, ale wyśliznęła mu się z ręki, stracił równowagę i upadł. Jęknął. Upadł tak gwałtownie, że leżał na ziemi dłuższą chwilę. Chciałam go przeprosić, albo zapytać czy nic mu się nie stało, ale tylko stałam nad nim i śmiałam się.

Wstał; dłoń krwawiła mu poniżej kciuka, ale chyba tego nie zauważył, więc odwróciłam się i pobiegłam na szczyt wzgórza. Pod koniec biegłam całkiem wyprostowana, miałam silne nogi i czułam się tak dobrze. Zaraz na szczycie zatrzymałam się, musiałam łapać równowagę, nawet podmuch wiatru mógłby mnie zepchnąć ze wzgórza – ale to było przyjemne uczucie. Śmiałam się w głos, czując, jakie mocne i sprężyste mam nogi.

Popatrzyłam w dół zbocza, po którym on się czołgał, znowu na czworakach – Lepiej wracaj pan do Kansas! Do Kansas! – krzyknęłam ze śmiechem. Spojrzał na mnie i czekałam, żeby też się uśmiechnął, ale nie. Jego twarz była bardzo blada. Patrzył na mnie, ale wydawało mi się, że widzi coś innego, miał takie poważne i dziwne oczy. Widziałam jak pasek wpija mu się w brzuch, widziałam fałdę na jego białej koszuli. – Wracaj pan lepiej do domu, do domu, wsiadaj do swojego cholernego wozu i jedź pan do domu – śpiewałam, układając słowa w piosenkę. Patrzył na mnie bardzo poważnie. Udałam, że znowu chcę go kopnąć, a on drgnął i zmrużył oczy.

- Nie zostawiaj mnie – powiedział płaczliwie.

- Daj mi pan spokój – powiedziałam.

- Nie odchodź… jestem chory… chyba zaraz…

Zmarszczki wystąpiły mu na twarz. Oddychał bardzo powoli, jakby sprawdzając za każdym razem, jak silny jest ból, a ja czekałam aż okaże się, że to jego kolejny żart. W końcu znudziło mnie czekanie i po prostu stałam bezczynnie. Mój uśmiech nikł powoli, jego uśmiech też.

- Do widzenia. Idę – powiedziałam, machając mu na pożegnanie. Odwróciłam się, a on powiedział coś, jakby zapłakał, ale nie chciało mi się wracać. Mrowienie w całym moim ciele zaczynało przypominać hałas.

Zeszłam ze wzgórza po drugiej stronie, zbiegłam do ścieżki i poszłam drogą do domu. Było gorąco. Paliła mnie twarz. – Głupi stary wariat – powiedziałam. Ale nie mogłam nie śmiać się z tego, jak wyglądał, jak uparcie wspinał się na wzgórze i jak przycupnął tam w końcu na czworakach. Tak śmiesznie wyglądał, skurczony, trzymał się za serce, udawał pewnie, że ma atak, a może naprawdę miał atak, niegroźny, o ile mogłam się zorientować. To ci da nauczkę, pomyślałam.

Kiedy dotarłam do domu, pot wysechł mi na twarzy, ale włosy miałam zmierzwione jak stóg siana. Przystanęłam przy starym samochodzie zaparkowanym obok drogi, zwykłym wraku na cegłach – i przejrzałam się w zewnętrznym lusterku. Było przekrzywione, bo ciągle ktoś się w nim przeglądał. Próbowałam rozczesać włosy trąc je mocno palcami, ale nic z tego. – A niech to – powiedziałam na głos i przypomniałam sobie, żeby cicho zamknąć drzwi, żeby matka nie wrzeszczała na mnie.

Prasowała coś w kuchni, właśnie spryskiwała wodą ubrania na desce. Używała do tego pomalowanej na niebiesko butelki po pepsi-coli z nałożoną gumową końcówką – zrobiłam ją dla niej dawno temu w szkole, w prezencie gwiazdkowym. Popatrzyła na mnie, potrząsając butelką nad ubraniami.

- Gdzie byłaś? Kazałam ci szybko wracać.

- Przecież wróciłam.

- Jakaś ty brudna, wyglądasz jak skaranie boskie. Co ci się stało?

- Czy ja wiem. Nic.

Rzuciła czymś we mnie – koszulą brata – złapałam ją i przycisnęłam do mojej rozpalonej twarzy.

- Weź się do roboty i dokończ to – powiedziała mama. – Musi być z dziewięćdziesiąt pięć stopni* w tym upale i mam już dosyć. Tobie to nieźle idzie, a ja już naprawdę nie mogę. Słyszysz, co do ciebie mówię, Nancy? O czym ty w ogóle myślisz do diabła?

Wilgotna koszula na twarzy sprawiała mi ulgę.

- Czy ja wiem – powiedziałam.

tłum. Marek Jedliński


* dziewięćdziesiąt pięć stopni – Fahrenheita, czyli 35 stopni Celsjusza (przyp. tłum.)