Dekonstrukcja dla każdego

(How to Deconstruct Almost Anything)

Chip Morningstar

Tekst oryginalny

Humanistom płaci się za to, żeby byli błyskotliwi -
nie za to, żeby mieli rację.

Donald Norman

Oto historia pewnego programisty, który zapuścił się w egzotyczny świat postmodernej krytyki literackiej. Jestem inżynierem informatykiem – a więc nie studentem ani wykładowcą uniwersyteckim – i nie posiadam wykształcenia humanistycznego. Z tej przyczyny mój stosunek do zagadnienia różni się zapewne od tego, do jakiego przyzwyczajeni są fachowcy. Jako że jestem tylko prostym inżynierem, wolno mi łamać rozmaite zasady, których dyplomowani humaniści zwykle zmuszeni są przestrzegać. Od inżyniera nikt nie oczekuje erudycji. Ha. Tak czy owak, oto co mi się przytrafiło.

Zaczęło się od tego, że wraz z kolegą po fachu, Randym Farmerem, występowaliśmy z odczytem na Drugiej Międzynarodowej Konferencji nt. Cyberprzestrzeni. Było to w Santa Cruz, w kwietniu 1991 roku. Jak i poprzednia, pierwsza konferencja z tego cyklu, w której także braliśmy udział, tak i to spotkanie było wybitnie interdyscyplinarne. Ściągnęli na nie specjaliści z rozmaitych dziedzin wiedzy, tak odległych od siebie jak informatyka, krytyka literatury, inżynieria, historia, filozofia, antropologia i nauki polityczne. Zabrakło reprezentanta tylko jednej znaczącej w tym kontekście nauki – ekonomii. (Znacząca to nieobecność – ale w tym miejscu nie mogę sobie pozwolić na jej roztrząsanie.) Konferencja na przemian inspirowała mnie, złościła, zachwycała i doprowadzała do szewskiej pasji; była to zapierająca dech w piersiach intelektualna karuzela niepodobna do niczego, co zdarzyło mi się doświadczyć w mojej karierze zawodowej. Po raz ostatni otarłem się w akademickim środowisku o zagadnienia humanistyczne dziesięć lat wcześniej, podczas studiów. Od tamtej pory, jak miałem się przekonać, nauki humanistyczne przeszły długą drogę ewolucji – a może powinienem raczej napisać: uległy dryfowi genetycznemu.

Nasze wystąpienie przewidziane było na drugi dzień konferencji – szczęśliwy traf, gdyż dzięki temu mieliśmy jeszcze okazję doszlifować nasz referat tak, aby jego forma nie odbiegała zanadto od tego, co słyszeliśmy w pierwszym dniu obrad. Jak się bowiem okazało myliliśmy się grubo zakładając, że nasze audytorium będzie takie samo jak na konferencji rok wcześniej. Przez większą część pierwszego dnia w panice robiłem notatki; mówiono tam wprost niesłychane rzeczy używając równie niesłychanego języka, którego niuanse musiałem natychmiast zapisywać, gdyż w przeciwnym razie umknęłyby mojej pamięci na zawsze. Czy zdarzyło wam się kiedyś zapomnieć treść snu w chwilę po przebudzeniu? To właśnie działo się ze mną na owej konferencji – i sądzę, że źródło zjawiska było identyczne. Sny posiadają własną logikę i strukturę, która rozpada się na bezlik nieskładnych, niedorzecznych fragmentów kiedy tylko próbujemy poddać ją intelektualnej obróbce na jawie. W tym wypadku efekt marzeń sennych wywoływały wykłady zaproszonych na konferencję humanistów. Mówili bowiem rzeczy zupełnie dla mnie niepojęte. Rozprawiano o dekonstrukcji, o sygnifikatach, sygnifikantach i o tym, czy cyberprzestrzeń można, czy też nie można uznać za „dyskurs”. Obficie cytowano dzieła Baudrillarda, Derridy, Lacana, Lyotarda, Saussure’a i tym podobnych, a każde słowo brzmiało jakby pochodziło z obcego języka. Nigdy wcześniej nie czułem się tak oszołomiony słowami innych ludzi, a przecież przysłuchiwałem się nieraz konferencjom poświęconym fizyce kwantowej, teorii grup, kardiologii i prawu kontraktowemu – całkowicie mi obcym dyscyplinom wiedzy, z których wszystkie posiadają własny specjalistyczny żargon i konwencje notacyjne. Nigdy jednak tamte wykłady nie były równie hermetyczne co język uczonych humanistów. Na szczęście udało mi się zgromadzić w notatniku imponującą kolekcję terminów i zachować w pamięci ogólny klimat wystąpień.

Wieczorem wróciliśmy z Randym do Palo Alto aby wykorzystać ostatnią szansę i przeredagować nasz wykład. Po pierwsze należało wykreślić pewne elementy frazeologii, które – jak już się domyślaliśmy – zostałyby niechybnie uznane za „niepoprawne politycznie”. Trzeba przyznać, że niepoprawna politycznie była sama fundamentalna teza naszego wystąpienia, lecz to jego treść, a nie forma miała być kontrowersyjna. Kiedy uporaliśmy się z tym zadaniem, podjęliśmy próbę spożytkowania chociaż cząstki tej postmodernistycznej terminologii krytycznoliterackiej, którą uraczono nas tamtego dnia. Jako że nie mieliśmy bladego pojęcia co mogły znaczyć owe magiczne słowa (albo czy w ogóle cokolwiek znaczyły), ograniczyłem się do dadaistycznej metody cięcia i wklejania na chybił-trafił spośród zdań, które wcześniej zanotowałem. Następnego ranka stanąłem przed publicznością i przeczytałem:

Węzłowy paradygmat cyberprzestrzeni realizuje się w aporetycznym procesie kreowania z istniejącej bądź potencjalnej realności społecznej quasi-lokalnych tożsamości w kategoriach kanonicznych form kontaktów międzyludzkich, czemu towarzyszy nie tylko syntagmatyczna renormalizacja fenomenologii przestrzeni narracyjnej ale i wymóg naturalizacji intersubiektywnej strategii kognitywnej, co z kolei pozwala rozwiązać tekstualną dialektykę funkcji referencjalnej i performatywnej – wzajemnie problematycznych – ostatecznie prowadząc do redefinicji i reifikacji paradygmatu paraboli w modelu metafory.

Powyższy bukiet głupstw składał się wyłącznie z fragmentów wypowiedzi, jakie udało mi się podchwycić poprzedniego dnia, z wyjątkiem końcowej aliteracji – autorstwa naszego kolegi Gayle’a Pergamita, wielce rozbawionego całym przedsięwzięciem – która była pastiszem skeczu komika Danny’ego Kaye’a z filmu Błazen. Reakcja słuchaczy była pouczająca. Z początku prawie wszyscy kiwali poważnie głowami jakby doskonale rozumieli o czym jest mowa – choć dało się zauważyć, że ich szare komórki przechodzą ciężką próbę. Po chwili jednak dobiegł nas z końca sali chichot kilku informatyków. A kiedy skończyłem czytać to tasiemcowe zdanie nie tylko ja sam nie potrafiłem dłużej zachować pokerowej twarzy, ale cała publiczność wiła się w spazmach śmiechu; nawet najbardziej sklerotyczni profesorowie zdążyli poznać się na dowcipie. Przebiwszy w ten sposób nadęty balon postmodernistycznej maniery mogłem już spokojnie kontynuować wykład.

Wbrew temu, co napisano o nas później w pierwszym numerze Wired, miesięcznika poświęconego cybernetycznej kulturze i technologii (Po-Mo Gets Tek-No, str. 87), nie zakrzyczeliśmy postmodernistów. Po prostu zażartowaliśmy sobie z nich.

Ostatecznie jednak wyjechałem z konferencji z myślą, że powinienem spróbować zrozumieć, o czym się na niej mówiło. Dopuszczałem trzy ewentualności. Po pierwsze, owe niezrozumiałe dla mnie wykłady krytycznoliterackie mogły kryć w sobie wartościową treść gdybym tylko zadał sobie trud zaznajomienia się z ich żargonem. A jeśli tak, to chciałem tę treść poznać. Po drugie było możliwe, że nawet jeśli taka hipotetyczna treść istniała, to była bezwartościowa – chciałbym więc móc ustosunkować się do niej krytycznie. Po trzecie zaś, treści mogło w ogóle nie być – a w takim wypadku chciałem mieć spokojne sumienie, że nie odsądzam tych błaznów od czci i wiary bez sprawiedliwego zapoznania się z ich racjami.

Słowem, które najczęściej pojawiało się w wykładach humanistów była dekonstrukcja; pomyślałem więc, że od niej zacznę moją edukację. O pomoc w dotarciu do źródeł poprosiłem przyjaciela, Michaela Benedikta, którego poznałem gdy organizował Pierwszą Międzynarodową Konferencję nt. Cyberprzestrzeni. Wiedziałem, że Michael stoi jedną nogą na gruncie postmodernizmu, ale też że jest chłodnym, trzeźwo myślącym intelektualistą, którego niełatwo wodzić za nos. Michael podsunął mi opasły tom zatytułowany On Deconstruction („O dekonstrukcji”) wydany pod redakcją Jonathana Cullera. Przeczytałem tę książkę. Nie bez trudu, ale ostatecznie udało mi się przebrnąć przez wszystkie rozdziały – co prawda nigdy wcześniej nie poczyniłem tylu notatek na marginesach jednej książki. Dzieło Cullera poprowadziło mnie do innych publikacji, z którymi także się zapoznałem. W końcu zacząłem regularnie czytać dyskusje w grupie alt.postmodern i do dziś znajduję tam sporo interesujących rozważań. Nie twierdzę, że jestem ekspertem, ale mogę uważać się za biegłego w przedmiocie amatora. Wydaje mi się, że potrafię wyjaśnić sobie i innym czym jest postmodernizm. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny.

Nam, inżynierom, zarzuca się często, że posługujemy się sztucznym językiem, że ukrywamy naszą pracę pod nieprzeniknioną draperią żargonu po to, aby zachować elitarny status „kapłanów technologii”. Zgadzam się, że jest w tym ziarno prawdy. Wobec takiego oskarżenia inżynierowie bronią się zazwyczaj twierdząc, że ich praca jest ściśle techniczna i tylko bardzo precyzyjny język może sprostać jej wymaganiom. I to stwierdzenie jest w części prawdziwe, choć nie wyjaśnia dlaczego programista powie „grepować” – zamiast zwyczajnie „szukać” czegoś w plecaku – jak czyni to niekiedy pewien mój znajomy. Może to cecha natury ludzkiej, że członkowie danej grupy zawodowej posługują się wyrażeniami znanymi wyłącznie w swoim środowisku nie tylko w ich pierwotnym sensie, ale też jako metaforami opisującymi życie codzienne – dlatego wybaczam mojemu przyjacielowi skłonność do nadużywania żargonu poza kontekstem zawodowym.

Jednak znacznie istotniejszym aspektem całej debaty, na który jak dotąd nikt nie zwrócił uwagi jest fakt następujący: inżynierowie tacy jak ja pracują zazwyczaj w silnie skomercjalizowanym środowisku. Co dzień jestem zmuszony wyjaśniać zagadnienia mojej pracy ludziom zupełnie mi obcym: specjalistom od marketingu, autorom podręczników, mojemu szefowi, inwestorom, klientom… Nikt z nich nie jest fachowcem w mojej dziedzinie, ich wykształcenie i doświadczenie nie mają nic wspólnego z moim. W rezultacie jestem nieustannie zmuszony przekazywać swoją wiedzę w taki sposób, aby niefachowcy mogli mnie chociaż w części zrozumieć. Sukces mojej pracy zawodowej zależy w dużej mierze od tego, czy potrafię skutecznie przekazać innym jej sens. Leży to w moim własnym interesie: aby zachować posadę muszę umieć przekonać pracodawcę, że to co robię jest warte mojej pensji.

Dla porównania przyjrzyjmy się teraz sytuacji w akademii. Profesorowie i doktorzy literatury, historii czy studiów kulturowych zazwyczaj komunikują się na gruncie zawodowym z podobnymi sobie profesorami i doktorami. Naturalnie stykają się też ze studentami, ale ci na dobrą sprawę nie liczą się. Słuchacze studiów podyplomowych sami zmierzają w kierunku profesury, zatem należą do wtajemniczonych. Studentom niższych lat i magistrantom zaś rzadko kiedy nadarza się okazja nawiązania autentycznego dialogu z wykładowcami – szczególnie w tak zwanych „elitarnych” uczelniach. (Zdarzyło mi się kiedyś usłyszeć od pewnego profesora z Harvardu, że w tamtejszym uniwersytecie nie jest niczym niezwykłym otrzymanie dyplomu przez studenta, który ani razu nie miał sposobności spotkania etatowego pracownika naukowego w czterech ścianach sali wykładowej. Nie wiem czy jest to prawda, ale na pewno wyśmienita kpina.) Pracownicy uniwersytetów publikują swoje prace w periodykach recenzowanych przez naukowców takich jak oni, a ich czytelnicy (o ile tacy istnieją) to również im podobni wykładowcy. Spośród tej samej kadry rekrutują się członkowie różnorakich komisji podejmujących decyzje w kwestii ich karier naukowych, etatów i awansów. Nadzorowani są przez dziekanów i innych urzędników akademickich, którzy też kiedyś byli lub nadal są doktorami i profesorami literatury, historii albo studiów kulturowych. Jeżeli więc przychodzi im rozmawiać o swojej pracy, to najczęściej we własnym, zamkniętym gronie. Niekiedy specjalista od literatury podejmie współpracę ze specjalistą od historii, lecz w kołach akademickich tego rodzaju interdyscyplinarne eskapady do dziś stanowią wyjątki na tyle rzadkie i brawurowe, że powinny właściwie trafiać na pierwsze strony gazet.

Mamy tu do czynienia z sytuacją przypominającą wyspy Galapagos, znane z nie spotykanych nigdzie indziej gatunków ptaków: oto izolowana populacja, w której specyficzny nacisk doboru naturalnego spowodował, że możemy tam znaleźć zwierzęta zupełnie odmienne od tych, które zamieszkują stały ląd. Jeżeli zatem nie jesteś w stanie nadążyć za wywodami postmodernych krytyków to dlatego, że nigdy nie było takiej potrzeby – albowiem od kilku pokoleń, tego, czy ktokolwiek z zewnątrz potrafi się z nimi porozumieć, nie brano w ogóle pod uwagę jako kryterium selekcji, jakiej byli poddawani. Co więcej, nie jest nawet konieczne aby jedni krytycy byli w stanie rozumieć drugich ponieważ wartość badań naukowych, szczególnie na kierunkach humanistycznych, oceniana jest przede wszystkim na podstawie osobistej polityki i polotu ich autorów. Wydaje się wręcz, że charakterystyczne dla postmodernego umysłu jest mniemanie, iż to właśnie polityka i błyskotliwość stanowią kryteria wszelkich osądów wartościujących i weryfikujących, niezależnie od przedmiotu rozważań i od osoby, która takie osądy wydaje. Praca naukowa nie musi odpowiadać prawdzie, nie musi być klarowna ani oryginalna, nie musi też pozostawać w jakimkolwiek związku ze światem poza-uniwersyteckim. Nasuwa się nawet spostrzeżenie, że znaczący odsetek publikowanych prac z krytyki literackiej obiera sobie za przedmiot badań inne prace krytycznoliterackie, podczas gdy odwołania do literatury jako takiej pojawiają się z rzadka i pełnią funkcję czysto dekoracyjną.

Nic więc dziwnego, że zorientowanie się w sytuacji wymaga pewnego wkładu pracy iście detektywistycznej. Prowadzę to moje prywatne śledztwo od niejakiego czasu i myślę, że udało mi się zidentyfikować głównych podejrzanych. Mam nadzieję, że dzięki temu będę w stanie zaoszczędzić fatygi innym aby nie musieli powtarzać moich wysiłków i marnować niepotrzebnie czas – choć moim kolegom-programistom, znużonym ślęczeniem nad kodem źródłowym, polecam próbę rozgryzienia dekontrukcji jako relaksującą gimnastykę umysłową.

Podstawowy zamysł współczesnej krytyki literackiej jest dość nieskomplikowany. Opiera się on na spostrzeżeniu, że przy stosownej dozie szarad i zręcznego żonglowania słowami dowolnemu tekstowi literackiemu można przypisać praktycznie dowolną interpretację. Natomiast uogólnienie tej zasady, przeniesienie jej na wszelkie formy ludzkiej działalności, leży u podstaw szerszego nurtu intelektualnego zwanego „postmodernizmem” – choć etykiety takie należy stosować ostrożnie, albowiem standardową taktyką, jaką posługuje się postmodernizm dla odparcia krytyki jest wzniecanie metafizycznego zamętu poprzez kwestionowanie takich właśnie etykiet i kategorii w ogóle. „Dekonstrukcja” zasadza się na sprowadzeniu nakreślonej tu zasady do konkretnej, praktycznej procedury, według której tekst literacki interpretowany jest jako mówiący o sobie samym – a to na kanwie tego samego taniego chwytu, jakim w latach trzydziestych posłużył się Kurt Gödel aby zasiać popłoch wśród matematyków.

Dekonstrukcja sama w sobie jest procesem wybitnie sformalizowanym i trudno zrozumieć czemu wywołała aż tak wielkie zamieszanie. Jednak podobnie jak pisarze-chałturnicy i producenci telewizyjni, naukowcy skwapliwie posłużą się gotową formułą, jeżeli spełnia ona swoje zadanie i jeśli nie wymaga się od nich niczego więcej. (Jedynie Jacquesowi Derridzie należy się uznanie za twórczy wkład, jako że on pierwszy wpadł na pomysł samej formuły.) Aby rozwiać ewentualne wątpliwości, oto i owa formuła, w pięciu kolejnych punktach:

Punkt 1: Wybierz dzieło, które zamierzasz poddać dekonstrukcji. Nazywa się je „tekstem” – i najczęściej rzeczywiście będzie to tekst, chociaż nie ma takiej potrzeby. Do zwyczajowych we współczesnej krytyce literackiej wybiegów należy określanie mianem tekstu tego, co jako żywo tekstem nie jest. Nawiasem mówiąc jest to niezwykle pożyteczny chwyt, ponieważ pozostawia krytykowi wiele swobody w kwestii rozumienia czasownika „czytać” – i w konsekwencji otwiera szerokie pole do interpretacji, a ponadto pozwala krytykowi wypłynąć na pozaliterackie wody. Tym niemniej krytyk nie potrzebuje zbytnio deliberować nad wyborem tekstu, gdyż punkty przyznawane są raczej za styl i polot niż za wartość merytoryczną, chociaż dzieła wymagające są premiowane jako że oferują większy potencjał dla spożytkowania właściwej krytykowi błyskotliwości. Dobrze jest więc wybrać tekst mając na uwadze to, czy da nam możność popisania się intelektualną ekwilibrystyką a nie to, czy ów tekst mówi cokolwiek istotnego albo czy o nim da się coś ciekawego powiedzieć. W ogólności dzieła zapoznane nadają się do tego celu lepiej niż znane powszechnie, chociaż dopuszcza się też branie na warsztat tekstu wywodzącego się z popularnej kultury mass-mediów, na przykład teledysku Madonny lub ostatniej powieści Danielle Steele. Jeśli zaś chodzi o objętość tekstu, nie ma ona znaczenia: dzieła zebrane Dickensa są równie dobre jak pojedyncze zdanie. Dla przykładu, spróbujmy zdekonstruować zdanie „John F. Kennedy nie był homoseksualistą”.

Punkt 2: Wyjaśnij, co według ciebie mówi tekst. Może to być cokolwiek chcesz, ale oczywiście jeśli tekst, który sobie upodobałeś, jest faktycznie tekstem drukowanym, łatwiej ci będzie jeżeli wybierzesz coś, co jest tam rzeczywiście napisane. Ten proces nosi nazwę „odczytania”. Odczytam teraz nasze przykładowe zdanie: uznaję, iż twierdzi ono, że John F. Kennedy nie był homoseksualistą.

Punkt 3: Znajdź w wykonanym przed chwilą odczytaniu jakiś szczególny punkt zaczepienia. Może to być coś, o czym tekst mówi lub co opisuje wprost, ale może też być to wyłaniający się z tekstu wniosek, lub założenie, na którym tekst milcząco się opiera we właściwym dla domniemanego czytelnika kulturowym kontekście. Przyjęło się, aby takim punktem zaczepienia była pewna dychotomia, na przykład między mężczyzną i kobietą, dobrem i złem, ziemią i niebem, czekoladą i wanilią lub podobna. Dla potrzeb naszego przykładu oczywista wydaje się dychotomia między hetero- i homoseksualizmem, choć ktoś wybitnie uzdolniony mógłby bez wątpienia znaleźć coś bardziej ambitnego.

Punkt 4: Wykryty dualizm należy teraz przedstawić w postaci tego co nazywa się „opozycją hierarchiczną”. Polega to na tym, że ustalamy, iż tekst domyślnie uznaje lub propaguje pewną wyższość, pierwotność, uprzywilejowaną pozycję lub większą wagę jednego z członów pary przeciwieństw. Ponieważ wybór ten jest czysto arbitralny nie ma potrzeby abyś silił się na jego uzasadnienie – chyba, że masz akurat taką fantazję. Programistom i informatykom koncepcja hierarchii złożonej z zaledwie dwóch elementów może wydać się nieco dziwaczna, jednak w krytyce literackiej jest to najwyraźniej powszechnie respektowany kanon. W naszym przykładzie odwołamy się do nietolerancji wobec homoseksualistów panującej w społeczeństwie, w którym powstało owo zdanie i wobec tego uznamy, że tekst wyznaje (za społeczeństwem) wyższość heteroseksualizmu nad homoseksualizmem.

Punkt 5: Wyprowadź drugie odczytanie tekstu – takie, które wykaże jego samozwrotność, czyli odwołanie do samego siebie. W szczególności twoje nowe odczytanie powinno podminować albo oczytanie pierwotne, albo strukturę właśnie odkrytej hierarchii (co ostatecznie sprowadza się do tego samego). Na tym polega cała sztuka i tu leży właściwy klucz do całego przedsięwzięcia. Aby tego dokonać będziesz miał do dyspozycji rozmaite strategie – z tym, że niektóre z nich premiowane są większą ilością punktów niż inne. Na szczęście masz na podorędziu szeroki wachlarz intelektualnych narzędzi, z jakich możesz korzystać do woli, choć nie uszłoby ci to na sucho w inżynierii i naukach ścisłych. Wśród tych narzędzi znajdują się: odwołanie do autorytetu (wolno ci przytaczać cytaty z egzotycznych, nikomu bliżej nie znanych myślicieli); wnioskowanie z etymologii; wnioskowanie z fonetyki, jak również wiele innych odmian gier lingwistycznych. Wolno ci tworzyć neologizmy przez dopisywanie przedrostka „post-” lub „meta-” do dowolnego słowa. Wolno ci także udawać, że dzieła Freuda zawierają zgodny z rzeczywistością model ludzkiej psychologii, a dzieła Marksa – analogicznie poprawny model socjologii i ekonomii (nie jest dla mnie całkiem jasne czy eksperci na tym polu istotnie wierzą Marksowi i Freudowi, czy też jest to tylko kwestia obowiązującej konwencji).

Maksymalną ilość punktów za styl otrzymasz jeśli jesteś Francuzem. Ponieważ większość z nas nie pochodzi z Francji, przepadnie nam tu cenna premia, ale powetujemy sobie tę stratę pisząc po francusku lub – w ostateczności – cytując francuskojęzyczne źródła. Należy jednak pamiętać, że pisanie po francusku i dorównanie kazuistyce krytyka – rdzennego Francuza (z którą równać się mogą jedynie co bardziej ezoteryczne koany mistrzów Zen) jest dla nawet najbardziej zawziętego i pozbawionego skrupułów anglojęzycznego humanisty zadaniem niemal ponad siły. Najmniejszą ilość punktów przyznaje się za przejrzysty, racjonalny i zwięzły wywód, w którym przedstawiasz swoje spostrzeżenia w sposób bezpośredni – ja jednak właśnie tak postąpię z naszym przykładem, gdyż jestem zadowolony z mojej pracy i nie potrzebuję się martwić o obronę doktoratu czy starać o etat wykładowcy. Przede wszystkim zależy mi na tym, aby wyrażać się jasno. Oto jak mógłby się przedstawiać nasz hipotetyczny wywód:

Nie uważa się powszechnie, jakoby John F. Kennedy był homoseksualistą. A skoro nie stanowi to dla nikogo problemu, jaki cel mógłby mieć ktoś, kto otwarcie i z naciskiem podkreślałby tę oczywistą prawdę – jeśli nie taki, by właśnie tę oczywistość podważyć? Nie ulega wątpliwości, że napotkawszy przytoczone zdanie czytelnik traci początkową pewność, zaczyna zadawać sobie pytanie, które wcześniej nie przyszłoby mu nawet do głowy. Gdyby tekst pytał zwyczajnie: „Czy John F. Kennedy był homoseksualistą?” czytelnik odpowiedziałby po prostu „Nie” i zapomniał o sprawie. Gdyby tekst stwierdzał kategorycznie: „John F. Kennedy był homoseksualistą”, wówczas czytelnik domagałby się dowodów prawdziwości tego stwierdzenia, a co najmniej rozwinięcia myśli. Jednakże nadanie zdaniu formy zaprzeczenia wprowadza cień wątpliwości, zmusza czytelnika do postawienia pytania, żerując w ten oto sposób na powszechnej homofobii z zamiarem oczernienia tragicznie zmarłego prezydenta. Co więcej, forma przecząca zdaje się sugerować, jakoby poruszona w zdaniu kwestia była przedmiotem toczącej się debaty, co tym dobitniej uzasadnia rosnące wątpliwości czytelnika. Dlatego też stwierdzamy, że zdanie „John F. Kennedy nie był homoseksualistą” podważa prawdę, którą pozornie stwierdza.

Naturalnie, przykład ten jest daleki od tego, jak wyglądałaby dekonstrukcja tekstu wykonana przez profesjonalistę. Ograniczyłem się do zaledwie jednego akapitu i uniknąłem krytycznoliterackiego żargonu. Posługiwałem się wyłącznie słowami, jakie można znaleźć w dowolnym średniej wielkości słowniku; wszystkie zostały użyte w swoich codziennych, konwencjonalnych znaczeniach. Nikogo nie zacytowałem i nie użyłem żadnych obcojęzycznych zwrotów. Na kursie literatury otrzymałbym za takie rozwiązanie tróję z minusem, ale nie martwi mnie to, bo swój dyplom już mam.

Na marginesie warto jeszcze zauważyć co następuje: nie należy mówić iż to my dekonstruujemy tekst. Tekst sam się dekonstruuje. W ten sposób oddalamy ewentualne zarzuty, jakobyśmy wyssali wszystko z palca.

To właściwie wszystko, chociaż pozostaje jeszcze nieprzebrana różnorodność stylistycznych wariacji, których nabywa się w praktyce. Bierze się to głównie z owego zjawiska dryfu genetycznego, o którym wspomniałem już wcześniej, choć domyślam się, że nie bez znaczenia jest także konieczność wyprodukowania odpowiedniej objętości tekstu niezbędnej dla ukończenia przewodu doktorskiego. Tak czy owak, intelektualny efekt przyrównać można tylko do wybujałego bogactwa pawich piór. Jak zawsze, jedynym niezawodnym sposobem na opanowanie tej techniki jest wypróbowanie jej na własnej skórze. Najpierw należy zaznajomić się z autentycznymi okazami postmodernej krytyki literackiej, dla nabrania wyczucia stylu i osłuchania się z żargonem. Jeden, dwa opasłe tomy to wszystko, czego trzeba, albowiem każdy następny będzie brzmiał tak samo (szczególnie polecam antologię Cullera, na której ja się wykształciłem). A kiedy przyjdzie ci ochota zmierzyć się z dekonstrukcją o własnych siłach, proponuję wybrać coś z poniższej listy tekstów, pogrupowanych według stopnia trudności:

Dla początkujących:
Nowela Stary człowiek i morze Ernesta Hemingwaya
Powieść Roberta Heinleina Gwiezdni wojownicy
niniejszy artykuł
Film Jamesa Camerona Terminator
Pierwszy numer miesięcznika Wired
Dowolny tekst Marksa
Dla średnio zaawansowanych:
Marka Twaina Przygody Huckleberry Finna
Księga Rodzaju
Film Francoisa Truffaut Noc amerykańska
Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej
Piosenka Elvisa Presleya Jailhouse Rock
Dowolny tekst Foucaulta
Dla zaawansowanych:
Jerozolima wyzwolona Tassa
Wielka Piramida w Gizie
Mona Lisa Leonarda da Vinci
Interfejs użytkownika komputera Apple Macintosh
Piosenka Scotta McKenzie If You’re Going to San Francisco
Dowolny tekst Jacquesa Derridy
Tour de Force:
Finnegans Wake Jamesa Joyce’a
Książka telefoniczna miasta Radomia
Formularz podatkowy PIT-32
Charakterystyka procesora Intel i486DX w podręczniku programisty
Rzeka Wisła
Dowolny tekst Jeana Baudrillarda

Cóż więc mamy o tym wszystkim sądzić? Wspomniałem wcześniej, że zadaniem, jakie sobie postawiłem było udzielenie odpowiedzi na pytanie o to, czy za postmodernym żargonem kryje się konkretna treść, a jeśli tak, to czy jest godna uwagi. Otóż sądzę, że tak – jest w tym treść, a duża jej część przedstawia się ciekawie. Kwestia jej wartości jednakże nie jest już tak oczywista. Wczytując się w krytycznoliterackie wywody specjalizujących się w tej dziedzinie humanistów nieraz czułem, jak w moim umyśle zapala się czerwona lampka ostrzegawcza – a bywało, że wskazówka mojego wewnętrznego miernika nonsensu wprost wypadała ze skali. Intelektualna wartość konkretnych analiz dzieł literackich jest ogromnie zróżnicowana i trzeba ją szacować dla każdego tekstu z osobna – jednak najczęściej uznałbym ją za wysoce wątpliwą. Tym niemniej, ukryte głęboko pod zwałami miernoty, znajdują się tam pewne niebłahe i intrygujące koncepcje: jak ta, że odbiór tekstu literackiego może znacząco wzbogacić naszą świadomość rozbieżności między tym, co jest powiedziane, a co nie; między jawnie wyrażonymi myślami a milczącymi założeniami autora; także i ta, że popularne koncepcje prawdy i wartości zależą w niepokojąco dużym stopniu od łatwowierności czytelnika i jego gotowości do przyjęcia za dobrą monetę zapewnień, jakie podsuwa mu tekst.

Przyglądając się współczesnej teorii krytycznoliterackiej można poczynić cenne obserwacje. Płynie z nich bowiem nauka o tym, do czego prowadzi sytuacja, w której jednej gałęzi akademii powierza się badanie istotnych zagadnień kultury, a następnie pozwala się jej odizolować od reszty świata nauki i rozwinąć w linię wsobną, odseparowaną od reszty świata. Gdybym miał określić postmoderny stan umysłu „poprawnym politycznie” terminem obowiązującej dziś nowomowy, powiedziałbym, że jest on „epistemologicznie upośledzony” – odznacza się bowiem przyrodzoną niezdolnością do wypracowania mechanizmów kontroli, które pozwoliłyby oddzielić wartościowe osiągnięcia od miernoty. Jego język i przestrzeń koncepcyjna rozrosły się w gąszcz tak splątany, że same zatraciły poczucie kierunku i celu. Jednak ta gęstwina daje bezpieczne schronienie pracownikom akademii, wznosi nieprzebytą barierę pomiędzy nimi a resztą świata. Uwalnia ich od groźby konfrontacji z własną porażką, gdyż każda próba merytorycznej krytyki zostaje natychmiast zasymilowana, wessana przez werbalne grzęzawisko i staje się nieodróżnialna od otaczającego słowotoku. Jednocześnie zaś, istniejące narzędzia intelektualne, które pozwoliłyby przyciąć te zdziczałe zarośla są konsekwentnie ignorowane bądź dyskredytowane. Dlatego właśnie, między innymi, nauki ścisłe, jak również psychologia i ekonomia reprezentowane są w świecie literackim przez teorie porzucone przez specjalistów pięćdziesiąt a nawet sto lat temu. Cała dziedzina pogrążona jest w trywialności. Dekonstrukcja, która jako idea warta jest może pracy jednego zdolnego doktoranta, rozrosła się tymczasem w odrębną gałąź nauki. Koncepcje nadające się na jedno solidne popołudnie albo wieczór pobudzającej do myślenia dyskusji, która mogłaby zaowocować jednym czy dwoma wykładami na konferencjach, stały się tymczasem osią wielu długich akademickich karier.

Inżynierii i naukom ścisłym oszczędzono tej izolacji i dryfu genetycznego na manowce ze względu na wymogi czysto ekonomicznej natury. Zarówno świat fizykalny, jak i konkretne potrzeby i oczekiwania społeczeństwa narzucają ograniczenia, których nie sposób wyminąć. W świecie akademickim natomiast tendencja do izolacji jest przemożna. Stało się dla mnie jasne, że nauki humanistyczne nie znajdą drogi wyjścia z tej dżungli pozostawione samym sobie. Wydaje mi się, że na tych z nas, którzy zachowali jeszcze kontakt – choćby wątły – z tym, co wstydliwie nazywamy rzeczywistością, spoczywa obowiązek wyciągnięcia pomocnej dłoni. Musimy udać się za humanistami w głąb dżungli i uratować kogo się da. Pamiętajcie tylko, aby nie opuściło was poczucie humoru – i nie dajcie się zastraszyć.

tłum. Marek Jedliński

  1. Na razie nie ma komentarzy.

Aby dodać komentarz, musisz się zalogować.