WolneWyrazy.pl
Wpisy oznaczone tagiem wojna
Dan Ellsberg: od Wietnamu po Afganistan, część 2
Marek w Szczekaczka dnia 09-11-2009
Druga część rozmowy z Danem Ellsbergiem. (Część pierwsza tutaj)
Wyciąg 4: wieczorna dawka adrenaliny
Marek w Weź pan wyciąg dnia 28-10-2009
- New York Times: Brat prezydenta Hamida Karzaja, baron narkotykowy, pobiera wynagrodzenie od CIA (i Counterpunch trochę szerzej o handlu narkotykami i CIA)
- Truthout: Jak CIA okłamywała Kongres
- Alternet: CIA utrzymywała więźniów przy życiu, by móc ich dłużej torturować
- Examiner: Powstrzymać nielegalne wojny w Iraku, Afganistanie i Iranie
- Common Dreams: ONZ: ataki amerykańskich samolotów bezzałogowych łamią prawo międzynarodowe (na ten sam temat: Democracy Now i BBC News)
- AP: Byli więźniowie Guantanamo, obywatele Wielkiej Brytanii, domagają się przed sądem upublicznienia dowodów
Terroryści atakują — kobiety do domu!
Marek w Szczekaczka dnia 27-10-2009
Wysyłanie kobiet do domu, gdzie ich miejsce, nie jest wyłącznie polską specjalnością. Susan Faludi opowiada, jak po 11 września 2001 nawet w „centrowej” prasie wypłynęły fundamentalistyczne prawicowe resentymenty: teraz my faceci będziemy was bronić przed terrorystami, w wy kobiety wracajcie do domów rodzić nam dzieci. Dzieci potrzebne na wojnę, rzecz jasna.
(Nagranie z 11 września 2008. Wideo z cyklu „authors@google” – czasem bogate korporacje na coś się przydają. Czasem.)
Dan Ellsberg: od Wietnamu po Afganistan
Marek w Szczekaczka dnia 26-10-2009
Daniel Ellsberg — najsłynniejszy „whistleblower” w historii Stanów. Człowiek, który najpierw zobaczył wojnę w Wietnamie na własne oczy, a potem jako pracownik Departamentu Stanu czytał tajne raporty Pentagonu na temat postępu wojny, które nie miały nic wspólnego z oficjalną propagandą rządu Nixona. W 1969 roku Ellsberg, coraz bardziej przeciwny kontynuowaniu wojny, nie mogąc zainteresować ukrytym w tajnych dokumentach skandalem nikogo w Kongresie, przekazał skopiowane materiały redakcji New York Timesa, choć groziło mu to wieloletnim więzieniem. Publikacja dokumentów znanych od tej pory jako „Pentagon Papers” ujawniła skalę fałszowania rzeczywistości przez administrację Johnsona i przyczyniła się w jakiejś mierze do przyspieszenia końca wojny w Wietnamie.
Zbrodniarz wojenny Henry Kissinger nazwał wtedy Ellsberga „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Ameryce”. Ten sam Kissinger, który do dziś uważany jest w Polsce na rozsądnego zwolennika „realpolitik”. Ten sam, który w 1968 roku zasabotował negocjacje pokojowe, aby przeciągnąć wojnę w Wietnamie o 5 lat, który osobiście odpowiada za (podówczas tajną) kampanię bombardowania Kambodży (600 tysięcy ofiar) i który, a jakże, był wiernym przyjacielem geberała Pinocheta.
Dziś Ellsberg żałuje tylko tego, że tak długo zwlekał z upublicznieniem prawdy o wojnie w Wietnamie, i współpracuje z innymi whistleblowers, m.in. Sibel Edmonds.
Ewa Jasiewicz :: raport z Gazy
Marek w Szczekaczka dnia 24-10-2009
Ewa Jasiewicz opowiada (po angielsku) o tym, co zobaczyła w Gazie przed i po ofensywie Izraela w grudniu 2008 i styczniu 2009.
Więcej na kanale Gaza Friends w YouTube.
Iran Groźny?
Marek w Pismo nosem dnia 21-10-2009
Nie poprzemy ataku na Iran, mówi rząd (na dzisiaj). Nasi ministrowie, łaskawcy, uznali, że udział w ewentualnej wojnie z Iranem „zaszkodziłby interesom Polski”. W Iranie na pewno odetchnęli z ulgą, bo gdyby Minister Sikorski dopatrzył się jednak polskiego interesu w zrzucaniu bomb na Teheran, byłoby z nimi krucho. Na pewno kruszej, niż będzie bez nas.
A więc (tymczasowo) odstępujemy od udziału w ewentualnej napaści na suwerenny kraj. Nie dlatego, że ten kraj jest suwerenny. Ani dlatego, że nic nam nie zrobił. Ani, bo w żaden sposób nam nie zagraża. Ani też dlatego, że w odróżnieniu od krajów, z którymi lubimy wojować (i mamy w tym interes), Iran nie jest nawet krajem arabskim. Ani dlatego, że Persowie są najbardziej prozachodnim społeczeństwem między Morzem Czerwonym a Czukotką. Ani rzecz jasna dlatego, że taki atak byłby przestępstwem, a ci, którzy się go dopuszczą — zbrodniarzami wojennymi w świetle prawa międzynarodowego. No i nie dlatego, że to grzech. I hańba. I naprawdę zbrodnia. Gdzie tam.
Po prostu nie mamy w tym interesu. Orlen za cienki w uszach, żeby postawić rafinerię pod Ahwazem. Bumar nic tam nie wskóra, bo lepszy i pewnie tańszy sprzęt śle Moskwa. Po prostu niewidzialna ręka rynku!
Dlatego (na razie) nie my zombardujemy dom, w którym mieszkają ci państwo. Z wdzięczności aż mi się chce głosować na PO.
Ale ale… Czy Iran aby nie jest groźny? Bardzo? Przecież tarcza rakietowa (czy nawet anty-rakietowa) miała nas chronić właśnie przed Iranem. Tak mówili w tiwi, więc tak było. Nie Ameryki, tylko nas — i nie przed Ruskimi (forget it), tylko przed ajatollahami i ich strażą rewolucyjną. Bo mieli wystrzelić w nas rakiety, których nie mieli. Nie mają. I nie będą mieć.
Może dlatego nie będzie tarczy? Bo Iran nie ma rakiet, więc wychodzi na zero, a grosz zostanie przy duszy…
No dobrze, ale czy prezydent Iranu nie groził, że zetrze Izrael z powierzchni ziemi? Łajp of ze mep? Czy nie musimy Działać? Czy to się godzi zostawić starszych braci na pastwę neo-Hitlera? Zaraz… No dobra, macie rację. Ahmadinejad niczego takiego nie powiedział. Po pierwsze dlatego, że „wipe off the map” to angielski idiom, a prezydent Iranu nie mówi po angielsku. Po drugie i kolejne – link dwa zdania wcześniej. Żeż ty, jak człowiek nie zna perskiego w tę i nazad, to nawet gęby nie wypada rozdziawić. Bo można skłamać.
Ciekawość, co w takim razie zrobi Obama. Bo jego sekretarz stanu, która zna angielski, zapowiadała jeszcze rok temu, że jest gotowa unicestwić Iran. „Totally”, powiedziała.
A całkiem poważnie… mam pytanie. Kogo, w jaki sposób i ile razy zaatakował Iran – bo ja wiem – w ciągu ostatnich 50 lat? Chyba kogoś musiał zetrzeć z powierzchi ziemi, skoro tak nam zagraża? Ktoś zna odpowiedź?
Ciąg dalszy pewnie nastąpi.
BBC : Inside Iran. Film zrobił Rageh Omaar, ten przystojniak, zanim zdezerterował do Al Dżaziry. A dobre filmy robił!
Noam Chomsky zakazany w Guantánamo
Marek w Tłumaczenie z Ameryki dnia 20-10-2009
W więzieniu Guantánamo nie wolno czytać książek Chomsky’ego, nawet w arabskim tłumaczeniu.
No i nic dziwnego. Bo oto, co mogliby przeczytać:
Aby zwyciężyć w wojnie terroryzmem, Ameryka powinna przede wszystkim przestać wspierać terroryzm.
Nie ulega wątpliwości, że świat jest lepszy bez Saddama Husseina. Byłby także lepszy bez ludzi, którzy go popierali, kiedy dokonywał swoich najgorszych zbrodni, a teraz nam o tych jego zbrodniach opowiadają.
Żeby podbić obcy kraj i spacyfikować jego ludność, musisz mieć jakiś powód. Nie możesz powiedzieć: „Mam wredny charakter i zachciało mi się ich obrabować”. Musisz ich przekonać, że robisz to dla ich dobra, że sobie nagrabili, albo że tak będzie im lepiej. Że niesiesz im pomoc. Właściciele niewolników twierdzili to samo. Żaden z nich nie mówił: „No dobra, kupiłem sobie niewolników, bo czerpanie zysków z taniej siły roboczej to moja specjalność, tym się zajmuję”. Mówili, że wyświadczają im przysługę. Że niewolnicy tylko na tym zyskują.
Nikt nie wstanie i nie powie:„Słuchajcie, to coś od dzisiaj jest moje, bo ja tak chcę”. Każdy powie: „Zabieram to, bo zawsze należało do mnie, a poza tym tak będzie lepiej dla was, skorzystacie na tym”. W ten sposób dzieci biją się o zabawki. I w ten sam sposób rządy wypowiadają wojny. Nikt nigdy nie wszczyna wojny zaczepnej. Każda wojna jest wojną obronną — po obu stronach.
System polityczny w Stanach Zjednoczonych ma marginalne znaczenie. Istnieją dwie tak zwane partie, ale są to tylko dwa skrzydła tej samej partii — Partii Biznesu. Obie reprezentują pewien zakres interesów korporacji. Zdarza się, że zmieniają punkt widzenia o 180 stopni, ale nikt tego nie zauważa. Na przykład w kampanii wyborczej w 1984 roku wywiązał się faktyczny spór, a to już coś, bo zwykle nic takiego się nie zdarza. Spór zaistniał między polityką stymulowania rozwoju według Keynesa a fiskalnym konserwatyzmem. Republikanie słuchali Keynesa i chcieli stymulować rozwój: duże wydatki, deficyt budżetowy i tak dalej. Za to Demokraci byli partią konserwatywnej gospodarki: trzeba monitorować podaż pieniądza, nie wolno rozdmuchać deficytu, znacie to. Ani jeden komentator nie zwrócił uwagi, że od tamtej pory partie całkowicie zamieniły się rolami. Tradycyjnie to Demokraci stawiali na Keynesa i na rozwój, a Republikanie pilnowali budżetu. Czy to nie dziwne? Co spowodowało tę zmianę? Ale to można wyjaśnić. Nie istnieją dwie różne partie — jest tylko jedna. Wystarczy zaobserwować, jakie koalicje inwestorów zawiązują się i jak od czasu do czasu zmieniają taktykę. A kiedy to się dzieje, partie przesuwają się na przeciwległe bieguny, w obrębie bardzo wąskiego spektrum.
Cały sens publicznie głoszonych sloganów takich jak „Popieramy naszych żołnierzy” polega na tym, że one nic nie znaczą. (…) Tak działa skuteczna propaganda. Trzeba wymyślić slogan, przeciwko któremu nikt nie zaprotestuje, a wszyscy się zgodzą. Nikt nie wie, co ten slogan znaczy — bo on nie znaczy nic. Funkcją takiego sloganu jest odwrócenie uwagi od pytania, które jest dla odmiany sensowne: Czy popierasz politykę swojego rządu? Ale o tym się już nie rozmawia.
Ktoś płaci korporacjom za to, żeby najpierw zniszczyły Irak, a potem go odbudowały. W obu wypadkach płaci amerykański podatnik.
Jeśli nie uznajemy wolności słowa dla tych, których mamy w pogardzie, to nie uznajemy jej wcale.
Na razie Noama Chomsky’ego czyta się jeszcze na uniwersytetach. A w Guantánamo czytają Harry’ego Pottera.
Dopisek: Na wiadomość o tym, że Pentagon cenzuruje jego książki, Chomsky — najczęściej cytowany współczesny intelektualista w USA< a prawdopodobnie na świecie — zauważył: „Tak bywa w pod rządami totalitatnych reżimów”. Inny komentarz na ten sam temat: Chomsky otrzymał najwyższe odnaczenie od Pentagonu.
John Pilger: Cztery wojny i Nobel
Marek w Tłumaczenie z Ameryki dnia 19-10-2009
Wojna to pokój. Ignorancja to siła
John Pilger
15 października 2009
Barack Obama, tegoroczny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, planuje dopisać nową wojnę do i tak już imponującego katalogu. W Afganistanie jego wysłannicy niemal codziennie masakrują gości weselnych, rolników i robotników budowlanych z broni takiej jak nowoczesne pociski Hellfire, wysysające powietrze z płuc. Według danych ONZ w Afganistanie każdego roku umiera 338 tysięcy noworodków, a wojskowy sojusz pod przywództwem Obamy dopuszcza przeznaczenie na opiekę medyczną zaledwie 29 dolarów na głowę.
Wojna w Pakistanie, rozpoczęta przez Obamę kilka tygodni po inauguracji, zmusiła już do opuszczenia domów ponad milion mieszkańców. Kierując groźby pod adresem Iranu — który jego sekretarz stanu, Hillary Clinton, jest gotowa „unicestwić” (obliterate) — Obama kłamał, twierdząc jakoby Irańczycy mieli ukrywać „tajny ośrodek badań nuklearnych”. Obama wie, że Iran już wcześnie zgłosił ten obiekt Międzynarodowej Agencji ds. Energii Atomowej. Działając w porozumieniu z jedynym na Bliskim Wschodzie państwem posiadającym broń atomową, Obama przekupił władze Autonomii Palestyńskiej, aby zgodziły się zamieść pod dywan raport ONZ, który stwierdza, że podczas ofensywy w strefie Gazy Izrael popełnił zbrodnie wojenne. Dodajmy, że zbrodnie te były możliwe dzięki dostawom amerykańskiej broni, zaaprobowanym przez Obamę jeszcze przed objęciem urzędu.
Na własnym podwórku ten pokojowo nastawiony prezydent zatwierdził najwyższy od zakończenia drugiej wojny światowej budżet wojskowy, a obywateli poddaje nieznanym dotąd formom represji. Podczas niedawnego szczytu grupy G20 w Pittsburgu, gdzie Obama pełnił honory gospodarza, zmilitaryzowane oddziały policji spacyfikowały pokojowych demonstrantów bronią o nazwie „urządzenie akustyczne dalekiego zasięgu” (Long-Range Acoustic Device), niewidywaną dotąd na ulicach amerykańskich miast. Urządzenie to, osadzone na wieżyczce mini-czołgu, emitowało ogłuszający dźwięk, podczas gdy mundurowi miotali gdzie popadło gaz łzawiący i pieprzowy. Ten wynalazek należy do nowego arsenału „środków kontroli tłumu”, dostarczanych na zamówienie wojska przez korporacje takie jak Raytheon. Podległy Obamie Pentagon realizuje „doktrynę bezpieczeństwa narodowego” (national security state), w ramach której obóz koncentracyjny w Guantánamo pozostaje otwarty — chociaż Obama obiecał go zamknąć — a porwania (rendition), tortury i zabójstwa na zlecenie służb specjalnych nie ustają.
Jednak najnowsza wojna laureata Pokojowej Nagrody Nobla jest w znacznej mierze tajna. 15 lipca Waszyngton sfinalizował umowę z rządem Kolumbii, która pozwoli Stanom Zjednoczonym założyć tam siedem olbrzymich baz wojskowych. „Chodzi o to” — donosi Associated Press — „aby uczynić Kolumbię regionalnym węzłem operacyjnym Pentagonu”. (…) [Samolot transportowy] C-17 może pokonać niemal pół kontynentu bez tankowania”, a to „pozwala wdrożyć strategię zaangażowania w regionie”.
Innymi słowy, Obama zamierza nie tylko „uchylić” niepodległość i demokrację, jaką narody Boliwii, Wenezueli, Ekwadoru i Paragwaju wywalczyły wbrew ogromnym przeciwnościom, ale także nie dopuścić do rozwinięcia się pierwszej w historii Ameryki Południowej współpracy regionalnej państw odrzucających przypisanie do amerykańskiej „strefy wpływów”. Kolumbijski reżim, który wspiera szwadrony śmierci i wśród krajów Ameryki Łacińskiej zajmuje niechlubne pierwsze miejsce pod względem liczby i wagi przypadków naruszania praw człowieka, otrzymuje od Stanów Zjednoczonych pomoc wojskową ustępującą tylko tej, jakiej Ameryka udziela Izraelowi. (Wielka Brytania tymczasem zapewnia szkolenia). Kolumbijskie bojówki, prowadzone przez amerykańskie satelity wojskowe, przedostały się już do Wenezueli z zamiarem obalenia demokratycznie wybranego rządu Hugo Cháveza. Usiłują dokończyć dzieło, któremu w 2002 nie podołał George W Bush.
Obamy wojna z pokojem i demokracją w Ameryce Łacińskiej wpisuje się w ciąg jego poczynań od czasu puczu, który w czerwcu obalił prezydenta Hondurasu, Manuela Zelayę, także rządzącego z woli narodu. Zelaya podniósł płacę minimalną, udzielał subwencji drobnym farmerom, obniżył stopy procentowe i zmniejszył poziom nędzy w kraju. Jego następnym krokiem miało być przełamanie monopolu amerykańskich producentów leków: zamierzał produkować tanie generyki we własnym kraju. Obama co prawda wezwał do przywrócenia Zelayi na stanowisko, ale nie potępił puczystów, nie odwołał ambasadora z Tegucigalpy ani nie nakazał powrotu do kraju amerykańskim oddziałom, które szkolą siły Hondurasu w tłumieniu ruchu oporu. Zelaya już kilkakrotnie odmawiał spotkania z Obamą. Tymczasem Obama autoryzował pożyczkę dla samozwańczych władz Hondurasu w wysokości 164 milionów dolarów, udzieloną przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wniosek jest jasny i niestety znajomy: Ameryka nie tknie palcem bandytów, dopóki działają w jej interesie.
Obama, chicagowski magik z dyplomem Harvardu, otrzymał (jak sam twierdzi) zadanie przywrócenia „wiodącej roli” Ameryki w świecie.
Decyzja Komitetu Noblowskiego to czyste umizgi, rasizm à rebours. Stawia Obamę na cokole tylko dlatego, że jest przedstawicielem mniejszości — popularnym wśród demokratycznie nastawionych mas, choć niekoniecznie wśród martwych afgańskich dzieci. Na tym polega powołanie Obamy. Niczym psi gwizdek: dla większości ludzi niesłyszalne, a jednak nieodparte dla nierozgarniętych i ignorantów. „Kiedy Obama wchodzi do salonu” — rozpływał się George Clooney — „aż się chce za nim pójść, wszystko jedno dokąd”.
Rozumiał to Frantz Fanon, wielki orędownik wyzwolenia Murzynów. W książce „The Wretched of the Earth” opisuje „pośrednika, którego misja nie ma nic wspólnego z transformacją narodu. Jest bowiem znacznie bardziej prozaiczna: stanowi on jedynie pomost między ludem a kapitalizmem, wszechobecnym choć zamaskowanym”. Monokultura środków przekazu sprowadziła debatę polityczną do poziomu takiego ubóstwa — Blair czy Brown? Brown czy Cameron? — że rasa, płeć i klasa społeczna stają się atrakcyjnym tematem zastępczym i narzędziem propagandy. W przypadku Obamy liczy się — jak w połowie XX wieku pisał Fanon — nie tyle „historycznie doniosły” awans społeczny pośrednika, co klasa, której ów pośrednik służy. W końcu żaden prezydent nie zaprosił do grona najbliższych współpracowników tylu przedstawicieli różnych ras co George W. Bush. Condoleezza Rice, Colin Powell, Clarence Thomas — wszyscy z jednakowym oddaniem służyli równie potężnemu co nieobliczalnemu mocarstwu.
Wielka Brytania przeżyła już raz zauroczenie podobne do dzisiejszego zachwytu Obamą. Nazajutrz po zwycięstwie Tony’ego Blaira w wyborach 1997 roku brytyjski Observer przewidywał, że premier „narzuci całemu światu nowe reguły przestrzegania praw człowieka”, a rozanielony Guardian pisał: „tama pękła pod naporem, a rzeka zmian wylewa się w szalonym pędzie”. Kiedy w listopadzie zeszłego roku Amerykanie wybrali Obamę, brytyjski deputowany Denis MacShane, wielki entuzjasta krwawych jatek Blaira, wypowiedział mimowolne ostrzeżenie: „Kiedy go słucham z zamkniętymi oczyma, mam wrażenie, że to przemawia Tony. Obama idzie naszą drogą z dziewięćdziesiątego siódmego”.
(Dopisek: Tutaj nieco dłuższy artykuł Noama Chomsky’ego z sierpnia 2009 o amerykańskiej polityce interwencji w Ameryce Południowej: Militarizing Latin America)
Prawo i sprawiedliwość, całą dobę
Marek w Pismo nosem dnia 04-09-2006
Dzięki piętnastodniowej przygodzie Mariusza Maszkiewicza z białoruskim wymiarem prawa i sprawiedliwości wiemy dokładnie, jak dyktatura postępuje z manifestującą opozycją: zamyka na 15 dni za chuligaństwo. Jeszcze raz, powoli i systematycznie, żebyśmy to dobrze zapamiętali: za udział w pokojowej, ale niemiłej władzy manifestacji politycznej grozi kara aresztu z paragrafu o chuligaństwie.
Tak pod rządami dyktatora. Polska prasa i media, głęboko zaangażowane w akcję uwalniania polskiego więźnia sumienia, informowały w każdym serwisie o sposobie, w jaki Łukaszenka rozprawia się z białoruską opozycją. Co najmniej jeden publicysta zdążył zapytać, kiedy do Mińska pojedzie Grom z zadaniem odbicia uwięzionego, a sam Łagodny i Dobry Pan Premier przed gmachem MSZ umajony bukietami mikrofonów domagał się uwolnienia byłego ambasadora. (Poniekąd na próżno: minister właściwy Meller nie mógł go usłyszeć, bo akurat gościł w zaprzyjaźnionej ChRL).
Tymczasem władze IV RP przygotowały właśnie projekt ustawy o tak zwanych sądach 24-godzinnych, które w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne będą prosto i skrótowo rozprawiać się z rodzimymi chuliganami. Chuligana, jak chce projekt, będzie można zapuszkować na czas od kilkunastu dni do pięciu lat. Bez apelacji. I słusznie.
No dobrze, ale kto to właściwie jest ten chuligan? Projekt ustawy definiuje:
Występkiem o charakterze chuligańskim jest występek polegający na umyślnym zamachu na zdrowie, na wolność, na cześć lub nietykalność cielesną, na bezpieczeństwo powszechne, na działalność instytucji państwowych lub samorządu terytorialnego, na porządek publiczny albo na umyślnym niszczeniu, uszkodzeniu lub czynieniu niezdatnym do użycia mienia, jeżeli sprawca działa publicznie i bez powodu albo z oczywiście błahego powodu, okazując przez to rażące lekceważenie porządku prawnego.
Jeszcze raz, powoli i systematycznie, z kilkoma skrótami, żeby pominąć proste przypadki tłuczenia sklepowych wystaw butelkami po jabolu:
Występkiem o charakterze chuligańskim jest występek polegający na umyślnym zamachu (…) na bezpieczeństwo powszechne, na działalność instytucji państwowych lub samorządu terytorialnego, (…) na porządek publiczny.
I tu zwracam się z ogromną prośbą do dziennikarzy i publicystów, szczególnie tych, którym leżał na sercu los skazanego za chuligaństwo pana Maszkiewicza. Czy cały sztab Gazety Wyborczej, pani Paradowska, panowie Najsztub i Żakowski, pani Olejnik, pan Lis, a może nawet Flip i Flap polskiego dziennikarstwa, panowie Sekielski i Morozowski zechcieliby zadać władzom IV RP, a szczególnie ministrowi Ziobro, wiceministrowi Kryże i Pogodnemu acz Stanowczemu Panu Premierowi następujące pytanie:
Czy ustawa o sądach 24-godzinnych będzie, czy nie będzie stosowana wobec uczestników pokojowych manifestacji organizowanych w Polsce, również takich manifestacji, które odbędą się bez przyzwolenia władz miasta? Czy za udział w antywojennej pikiecie przed siedzibą „instytucji państwowej lub samorządu terytorialnego” będę mógł zostać zapuszkowany na 15 dni? A na jaki wyrok zasłużę sobie uczestnictwem w tegorocznej, ewentualnie przyszłorocznej Paradzie Równości, szczególnie jeśli p.o. prezydenta Warszawy ponownie nie wyrazi zgody na jej zorganizowanie?
Jak lubi mawiać Tomasz Lis: pytam poważnie, bo nie znam odpowiedzi.
Zaproponowana w projekcie ustawy definicja chuligaństwa pasuje jak ulał do Parady Równości. Zagrożenie „bezpieczeństwa powszechnego” jest jakby oczywiste, bo właśnie względami bezpieczeństwa kierował się (między innymi) były prezydent Warszawy Lech Kaczyński, odmawiając zgody na zeszłoroczną paradę. O „porządku publicznym” także nie może być mowy, kiedy na ulicę wychodzą uśmiechnięci, podejrzanie radośni ludzie, a wśród nich geje, lesbijki i żydokomunomurzynolewacy. Ktoś może dostać w głowę sloganem!
Definicja chuligaństwa zawiera jeszcze klauzulę przyczyny: z występkiem chuligańskim mamy do czynienia, jeśli _„sprawca działa (…) bez powodu albo z oczywiście błahego powodu”_. Były prezydent Warszawy Lech Kaczyński w oczywisty sposób uznał Paradę Równości za wydarzenie błahe, którego nie chroni konstytucyjne prawo do zgromadzeń, tak jak nie chroni trzech panów i butelki po jabolu, z którą nie ma co zrobić.
W tym tonie utrzymywały się praktycznie wszystkie „rzeczowe” głosy przeciwko paradzie (w odróżnieniu od głosów moralizatorskich): nikt w Polsce nie jest prześladowany, geje nie są dyskryminowani, więc nie mają przeciwko czemu protestować, a stąd wniosek, że parada została zorganizowana z „błahego” powodu. Bo skoro w kraju panuje tolerancja, a każdy ma prawo głosić swoje poglądy i uczestniczyć w życiu publicznym, osoby protestujące przeciwko dyskryminacji czynią to bez umocowania przyczynowego, albowiem dyskryminowane nie są. Proste jak pałka.
Dlatego ponawiam pytanie, na które nie znam odpowiedzi, i będę niezwykle wdzięczny, jeśli polskojęzyczne i spiskujące media spróbują tę odpowiedź uzyskać: czy na mocy przyszłej ustawy o sądach 24-godzinnych za występek o charakterze chuligańskim będzie uznawane uczestnictwo w jakiejkolwiek pokojowej manifestacji, a szczególnie takiej, która godzi w poczucie moralności i dobrego smaku byłego prezydenta Warszawy?
A jeśli tak, to czy Popularny i Skuteczny Pan Premier stanie pod gmachem MSW i w girlandach mikrofonów będzie się domagał mojego uwolnienia przed upływem 15 dni?
Nim zginiemy w zupie
Marek w Pismo nosem dnia 18-09-2005
„Jeśli przywódcy naszego społeczeństwa – politycy, szefowie korporacji i właściciele prasy i telewizji – zdołają zapanować nad naszymi myślami, ich władza będzie całkowicie bezpieczna. Wojsko nie będzie musiało patrolować ulic. Będziemy kontrolować się sami”.
– Howard Zinn, historyk amerykański
George lubi cheeseburgery z cebulką, a Laura woli z ostrą papryczką. Takie oto smaczki w letni piątkowy wieczór serwują „Fakty” TVN, jakby zakładając, że wśród złaknionych „całej prawdy całą dobę” dominują tropiciele kulinarnych newsów z wyższych sfer, do których bez wątpienia należy rozpieszczana przez nasze media amerykańska para prezydencka. Ta sielankowa atmosfera wpisuje się w leniwy nurt cebulkowo-papryczkowego dziennikarstwa uprawianego przez większość polskich korespondentów z Ameryki.
Tymczasem nad rancho w teksańskim Crawford nieoczekiwanie zbierają się chmury. Obok rzeczonych jarzyn pojawia się bowiem wątek Cindy Sheehan (już dziś okrzykniętej nową Rosą Parks), matki dwudziestoczteroletniego amerykańskiego żołnierza, który – jak blisko dwa tysiące innych – z wojny w Iraku powrócił w trumnie. Sheehan i inni przeciwnicy II Wojny o Ropę od początku sierpnia pikietują przed posiadłością prezydenta Busha, który jak dotąd nie znalazł dla nich czasu w swoim wakacyjnym grafiku. I pewnie już nie znajdzie – ostatniego równie błogiego relaksu, przed czterema laty, nie zdołał mu zakłócić nawet raport wywiadu z 6 sierpnia 2001 r., zatytułowany „Bin Laden zdecydowany uderzyć na obszarze USA”.
Ciemno wszędzie…
Najnowsza fala antywojennych protestów przetaczająca się przez Amerykę to tylko jedno ze zjawisk, które konsekwentnie umykają uwadze polskich mediów. Zwykli ludzie ze świecami w dłoniach interesują naszych zagranicznych korespondentów równie mało ile coraz ostrzejsze i powszechniejsze głosy krytyki pod adresem administracji Busha, poparte obszernym materiałem dowodowym i sygnowane przez znane i wiarygodne nazwiska. Czy to pewna taka nieśmiałość, czy już autocenzura w naszych wolnych mediach? Czyżbyśmy woleli nie wiedzieć i nie zauważać, bo konfrontacja z faktami może nas zmusić do odpowiedzi na trudne pytania, zburzy nasz święty spokój?
Dlaczego zamiast nagłaśniać protest Sheehan polskie media wolą cebulkę? Odpowiedzi na to pytanie mogą udzielić tylko właściwe redakcje – mnie pozostaje sfera domysłów. Zanim się domyślę, że wszystko, co nie pasuje do naszego wyobrażenia Ameryki, jej przywódców i ich polityki zagranicznej wzbudza naszą nieufność, wysunę szeroko dziś lansowaną hipotezę cywilizacyjną, która ściśle się splata z hipotezą rynkową.
Jawną częścią doktryny amerykańskich neokonserwatystów jest dziś starożytna opozycja „oświeceni kontra barbarzyńcy”. Świadomie bądź nie, promuje ją większość tamtejszych mediów. A choć Polak rasistą nie jest i choć nie wszystkich przekonuje ideologia świętej wojny kultur, na ogół dumnie przyznajemy się do orientacji „prozachodniej” i szczycimy przynależnością do „cywilizowanego świata”. (Z)wiedzione zasadą „dobre, bo amerykańskie”, polskie stacje telewizyjne, rozgłośnie i gazety kupiły już wygodny w obsłudze i tani w eksploatacji czarno-biały model świata, w którym duży może więcej. A że „might makes right”, im więcej może, tym większa jego racja.
I tu nie domysł już, lecz fakt: w tym mocno uproszczonym świecie żeby zaistnieć, trzeba się sprzedać. Kto nie jest top trendy, wypada z gry. Dobrze opakowane i odpowiednio podane newsy są zawsze w cenie. Obok wiadomości lekkich, łatwych i sprzyjających konsumpcji, istnieją takie, które ożywiają koniunkturę. Gdy dolar spada a ropa idzie w górę nic nie sprzedaje się lepiej niż wojna z terroryzmem – szeroko reklamowana inwestycja w historię, mająca trwać, według różnych szacunków, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat (republikański senator Newt Gingrich), bądź wiecznie (Dick Cheney).
Bezterminowa wojna z terroryzmem będzie się świetnie sprzedawać pod warunkiem, że nikt nam jej nie pokaże od kuchni. Jesteśmy w stanie kupić wiele – nawet koncepcję, że wojna z terroryzmem uzasadnia ograniczenia praw obywatelskich – ale nie wszystko. Nie powinniśmy na przykład wiedzieć o istnieniu statków, na których poza zasięgiem prawa torturuje się podejrzanych o terroryzm, ani być szczegółowo informowani o liczbie ofiar po stronie przeciwnika. Niewskazane są spekulacje, kto i w jaki sposób na wojnie skorzystał. Ignorancja jest siłą.
Jak każdy dobrze wypromowany produkt, ten megashow XXI wieku ma jeszcze jedną zaletę: skupia na sobą całą uwagę. Dzięki wojnie z terroryzmem amerykańskiej opinii publicznej nie rozprasza pamięć o wyborczym hokus-pokus sprzed pięciu lat, gdy pozbawiono prawa do głosowania 50 tysięcy osób, a Sąd Najwyższy nie dopuścił do ręcznego przeliczania głosów. W warunkach podwyższonego alertu kłopoty z maszynami do głosowania firmy Diebold nie zakłóciły kampanii prezydenckiej z 2004 r. Wojna z terroryzmem przyćmi też kampanię Cindy Sheehan. Bo teraz mamy wspierać nasze wojsko, a nie oglądać płaczące matki i trupy żołnierzy. Złe wiadomości z frontu psują morale. Siła mediów polega również na tym, ile i za ile potrafią milczeć.
Głucho wszędzie…
W Polsce milczy się długo. Mało kto w naszym kraju słyszał o istnieniu neokonserwatywnej organizacji o nazwie „Project for the New American Century”, zrzeszającej czołowych graczy na amerykańskiej scenie politycznej (m.in. wiceprezydenta USA Dicka Cheneya, sekretarza obrony Donalda Rumsfelda i jego zastępcę Paula Wolfowitza), która propagowała nowy układ sił na świecie na długo przed 11 września. Gdyby nie zbierający w Polsce cięgi „Fahrenheit 9-11” Michaela Moore’a, przeciętny Kowalski nigdy by nie przypuszczał, że gdy po ataku na World Trade Center i Pentagon wprowadzono całkowity zakaz lotów na terenie USA (uniemożliwiając powrót do kraju przebywającemu za granicą byłemu prezydentowi Clintonowi i „uziemiając” samego George’a Busha seniora), liczni przedstawiciele rodu bin Ladenów bezpiecznie wylatywali z Ameryki w dyskretnej asyście służb specjalnych. Bez kłopotliwych pytań i przesłuchań, choć zanim jeszcze trzysta tysięcy ton stali każdej z bliźniaczych wież zmieniło się w cmentarzysko blisko trzech tysięcy ludzi, Osama bin Laden był wymieniany jako prawdopodobny sprawca i sponsor największego ataku terrorystycznego w historii Stanów Zjednoczonych. Czyżby, jak sugeruje w swej najnowszej książce o znamiennym tytule „The New Pearl Harbor” amerykański teolog David Ray Griffin, agenci FBI i najwyższe władze amerykańskiego państwa nie spodziewały się uzyskać od Saudyjczyków niczego poza tym, co było im już znane?
Niechęć do wiedzy i zadawania trudnych pytań jest naszym ulubionym towarem importowym z Bushowskiej Ameryki. Nic w tym dziwnego: łatwiej przełknąć cebulkę, a nawet wizową papryczkę, niż świadomość fiaska polityki zagranicznej. A takim jest niewątpliwie polski udział w inwazji na Irak, opartej, nie da się już ukryć, na fałszywych przesłankach, dziś chętnie określanych błędami wywiadu. O ileż przyjemniej jest słuchać dobrych wiadomości i śledzić miłosne perypetie Maksa Kolonko zamiast zadręczać się naszą rolą, bądź co bądź, okupanta, dość kłopotliwą w świetle naszej historii i dalece niekomfortową w obliczu podwyższonego ryzyka ataku terrorystycznego. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam zbiorowego rozgrzeszenia we własnych oczach (w sobotnim wydaniu wieczornych „Faktów”, z 20 sierpnia, udzielił go hojnie widzom Jacek Pałasiński, który komentując wizytę Benedykta XVI w Kolonii wymienił wojnę w Iraku, na równi z 11 września i zamachami w Londynie, jako przykład agresji ze strony świata muzułmańskiego). Trzeba nam również zbiorowej amnezji, by zapomnieć, że przystępując do operacji „Iracka Wolność” nie szukaliśmy intratnych kontraktów, lecz broni masowej zagłady i tylko przypadek sprawił, że polskie stacje chętniej poświęcały czas antenowy spekulacjom o szansach Bumaru i skandalowi wokół Ostrowski Arms, niż wolności Irakijczyków. Kiedy osławione ciężarówki-laboratoria, podobnie jak wzbogacony uran z Nigru, okazały się równie iluzoryczne jak nadzieje na demokrację w Iraku i Afganistanie czy ujęcie Osamy, zamiast poszukiwania broni, naszą misją stało się obalenie zbrodniczego dyktatora. Wprawdzie za czasów Reagana Saddam gościł u siebie Donalda Rumsfelda i był regularnie zbrojony przez Amerykę (nawet po pamiętnej zbrodni w Halabdży), lecz chyba wszyscy się zgodzą, że musiał odejść. Kogo nie przekonuje udział Iraku w zamachach z 11 września (który długo przekonywał większość Amerykanów) zapewne przekona światowy kryzys naftowy i rosnące społeczno-polityczne napięcie na Bliskim Wschodzie. Problem tkwił tylko w tym, by – jak radził Zbigniew Brzeziński w artykule zatytułowanym „Jeśli musimy walczyć”, opublikowanym w Washington Post 18 sierpnia 2002 – iracką wojnę „przeprowadzić w sposób usprawiedliwiający amerykańską hegemonię”. Ale z tym akurat nasze media poradziły sobie znakomicie.
Bo my tu w Polsce kochamy Amerykę. Bezwarunkowo i bezkrytycznie. Kochamy ją za wspólne obalenie komunizmu, za NATO, giełdę, Myszkę Miki, F-16 i cheeseburgera z cebulką. Kochamy prezydenta Busha i jego administrację, która z pasją krzyżowców wybawia zachodnią cywilizację przed siłami ciemności i lada chwila popchnie nas do nowej krucjaty przeciwko niewiernym i niepokornym. W kolejce do wyzwolenia czeka Iran i Korea Północna, a oś zła można zawsze przedłużyć o tych, co nie z nami. Ameryce jesteśmy gotowi wybaczyć każde potknięcie, tym chętniej, że z medialnych relacji dowiadujemy się najczęściej o niewinnych gafach przy stole lub prezydenckich upadkach rowerowych. Waszyngtoński korespondent Gazety Wyborczej, Marcin Gadziński, w artykule pt. „Jakim kolarzem jest Bush” z 21 sierpnia zapewnia, że wbrew powszechnym opiniom (jakim kolarzem jest – każdy widzi) Bush jeździć umie, czego dowodem jest ostatnia dwugodzinna przejażdżka z samym Lancem Armstrongiem. Gadziński drobiazgowo analizuje prezydenckie kalorie i tętno w stanie spoczynku (jak u wyczynowych kolarzy!). Gdyby polscy dziennikarze z równą dociekliwością prześledzili losy ucinanych przed 11 września dochodzeń FBI, pokusili się o wnikliwą analizę biznesowych powiązań rodziny Bushów i wiceprezydenta Dicka Cheneya, zapoznali się z założeniami spędzającego sen z oczu porządnym obywatelom „Patriot Act” i przedstawili społeczeństwu wizję świata według amerykańskich neokonserwatystów, być może nasze media dałoby się ocalić przed cebulkową autocenzurą, a nas – przed półprawdami całą dobę. Jeszcze nie jest za późno.
Post scriptum – co to będzie?
21 sierpnia amerykańska stacja telewizyjna z Utah, KTVX, odmówiła wyemitowania antywojennego spotu reklamowego z udziałem Cindy Sheehan, w uzasadnieniu podając, iż „przedstawione w materiale opinie nie odpowiadają zapotrzebowaniu naszego rynku i nie zostaną pozytywnie odebrane przez naszych widzów”. Sam George Orwell nie ująłby tego lepiej.
Anna Duniewicz

