Wpisy oznaczone tagiem media

Glenn Greenwald o prawdzie relatywnej

Noam Chomsky pisał w książce Manufacturing Consent, że ludzie, którzy padają ofiarą prześladowań, dzielą się na wartych i niewartych naszej uwagi („worthy” i „unworthy victims”).

Glenn Greenwald idzie tym samym tropem, analizując medialny wizerunek fajnych i niefajnych przywódców pastw. Jego „słowniczek pojęć” można by kontynuować do upadłego. W polskiej prasie sytuacja jest oczywiście identyczna — ale co się dziwić, skoro i BBC stosuje różne miary do tych samych czynów. (John Pilger demistyfikuje rzekomy obiektywizm BBC tutaj, tutaj i w wielu innych tekstach).

Zapraszam do lektury. Będzie śmiesznie i strasznie.

Słowniczek pojęć polityki zagranicznej

Glenn Greenwald

28 września 2009

Kiedy debatujemy nad czyhającymi zewsząd zagrożeniami, roztrząsamy fascynujące perspektywy nowych wojen — takie jak eskalacja działań w Afganistanie albo „kryzys kubański” na miarę naszego pokolenia — lub kiedy zastanawiamy się, co począć z perskim Hitlerem i socjalistyczną zarazą w Wenezueli, w natłoku zdarzeń coraz trudniej się połapać. Sytuację pogarszają wszystkie te zawiłe, specjalistyczne pojęcia, bez których nie da się rozważać polityki zagranicznej w prasie. Dlatego warto wynotować co ważniejsze terminy — choćby tylko napotkane w ubiegłym tygodniu — by z tym większą jasnością umysłu debatować nad powinnościami naszego imperium:

__________

Złowieszczy uczynek współczesnego Hitlera — dzisiejszy New York Times:

Jak donoszą agencje, Iran przeprowadził w poniedziałek test pocisków rakietowych dalekiego zasięgu, których może użyć do ataku na Izrael i bazy amerykańskie w Zatoce Perskiej. Akt ten miał najprawdopodobniej stać się pokazem siły.

Pokojowe zabiegi demokratycznego państwa — Telegraph, 18 stycznia 2008:

Izrael przeprowadził udany test pocisków balistycznych dalekiego zasięgu, zdolnych do przenoszenia głowic nuklearnych. Operacja miała na celu pokaz siły wobec Iranu.

Washington Post, 2 maja 2000:

W zeszłym miesiącu wystrzelony z terytorium Izraela pocisk balistyczny krótkiego zasięgu wpadł do Morza Śródziemnego w pobliżu niszczyciela klasy Aegis należącego do marynarki USA. Wskutek tego incydentu amerykańska załoga sądziła przez krótką chwilę, że okręt został zaatakowany, jak podał wczoraj Departament Obrony USA.

Pocisk Jericho 1, przystosowany do przenoszenia głowic jądrowych albo 450 kg substancji chemicznych lub wybuchowych, został wystrzelony 6 kwietnia z rakietowego poligonu doświadczalnego w Yavne w Izraelu i wpadł do morza nieco ponad 60 kilometrów od USS Anzio, dodano w oświadczeniu. (…) Jak oświadczył urzędnik Departamentu Obrony (…), ponieważ nie jest to pierwszy przypadek wystrzelenia pocisku „bez uprzedzenia” przez Izrael, Pentagon przypuszcza, że Tel Awiw chce uniemożliwić Stanom Zjednoczonym obserwowanie takich testów i pozyskanie informacji o działaniu pocisku Jericho.

__________

Kraj, który szykuje się do wojny — USA Today w zeszłym tygodniu:

Prezydent Obama oznajmił dzisiaj, że w Iranie od kilku lat trwa budowa tajnego ośrodka wzbogacania uranu, i ostrzegł, że Teheran „zostanie pociągnięty do odpowiedzialności”, jeśli jak najszybciej nie udostępni obiektu międzynarodowym inspektorom i nie przekona ich, że jego intencje są pokojowe. (…)

Irański przywódca oświadczył, że Iran już wcześniej poinformował Międzynarodową Agencję ds. Energii Atomowej o prowadzonych pracach. (…) Odpowiadając na pytania dziennikarzy stwierdził, że Iran nie ma nic przeciwko wizycie inspektorów agencji w nowym ośrodku.

Pokojowo nastawione państwo prawa — Foreign Policy w zeszłym tygodniu:

W piątek delegaci do zgromadzenia Narodów Zjednoczonych przegłosowali wniosek o wystosowanie do Izraela ponaglenia w sprawie przystąpienia do traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej oraz umożliwienia inspektorom ONZ dostępu do wszystkich obiektów nuklearnych w tym kraju.(…)

Wynik głosowania jest znaczący, ponieważ przedstawiciel Izraela oświadczył już, że jego rząd „w najmniejszym stopniu nie zamierza poddać się tej rezolucji” oraz że „zmierza ona wyłącznie do zaognienia wzajemnych relacji i zaostrzenia linii podziału w regionie Bliskiego Wschodu”.

Fakt, że kolejny kraj odmawia respektowania orzeczeń Międzynarodowej Agencji ds. Energii Atomowej, nie przysporzy jej zapewne wiarygodności.

__________

Brutalny dyktator depcze demokrację — Washington Post, 16 lutego 2009:

Prezydent Wenezueli Hugo Chávez wygrał niedzielne referendum, które zadecydowało o zniesieniu ograniczenia liczby kadencji. Pozwoli mu to na długie lata zachować stanowisko i dopełnić socjalistycznej transformacji tego bogatego w ropę kraju.

Bezczelny lewak odbiera wolność obywatelom — National Review, czerwiec 2009:

Ale nie dajmy się zwieść pozorom. Hondurascy żołnierze, którzy w niedzielę wyprowadzili z domu prezydenta Manuela Zelayę, działali w obronie demokratycznej ojczyzny . (…)Zelaya dążył do przedłużenia kadencji lub całkowitego zniesienia kadencyjności swojego urzędu, co postawiło go w jednym rzędzie z dyktatorem Wenezueli, Hugo Chávezem, i innymi populistami Ameryki Łacińskiej.

Niezłomny reformator oddany sprawie demokracji — Christian Science Monitor, 2 września 2009:

Parlament Kolumbii przegłosował we wtorek ustawę referendalną, która pozwoli obywatelom zadecydować, czy konserwatywny prezydent Álvaro Uribe — ważny sojusznik Stanów Zjednoczonych w regionie zdominowanym przez lewicowych przywódców — będzie mógł ubiegać się o trzecią kadencję prezydentury. (…)

Wynik głosowania, które nie obyło się bez oskarżeń o nieprawidłowości, rozdrażnił jednak nie tylko krytyków, ale nawet dotychczasowych zwolenników Uribe. Obawiają się oni, że ewentualna trzecia kadencja Uribe stanowiłaby nie mniejsze zagrożenie dla kolumbijskiej demokracji co poczynania wielu innych, lewicowych przywódców w ostatnich latach.

Czysta żywa demokracja — Bloomberg w zeszłym roku:

Burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg oznajmił, że w przyszłym roku chce ubiegać się o reelekcję. W tym celu będzie starał się nakłonić radę miasta do zmiany ustanowionego 15 lat temu prawa, które nie zezwala urzędnikom pochodzącym z wyboru na piastowanie urzędu przez więcej niż dwie kadencje. Bloomberg argumentuje, że kryzys na Wall Street niesie poważne zagrożenie dla budżetu miasta. (…)

Bloomberg — miliarder, założyciel i główny udziałowiec spółki Bloomberg LP (właściciela Bloomberg News) — został już dwukrotnie wybrany na urząd burmistrza z ramienia Partii Republikańskiej, w 2001 i 2005 roku. Obie kampanie wyborcze kosztowały go łącznie 158 milionów dolarów. Przed 2001 rokiem Bloomberg był członkiem Partii Demokratycznej.

__________

Bezwzględny dyktator tłamsi opozycję — Associated Press, dwa tygodnie temu:

Rząd Wenezueli poinformował w poniedziałek, że wiodący kanał telewizyjny, kojarzony z siłami opozycji, naraził się na utratę licencji na nadawanie po tym, jak wyemitował wiadomość SMS od widza, który wzywał do obalenia siłą lub zamordowania prezydenta Hugo Cháveza.

Odpowiedzialni za los kraju przywódcy bronią demokracji i praworządności — dzisiejszy Guardian:

Zeszłej nocy tymczasowy rząd Hondurasu zawiesił podstawowe swobody obywatelskie w tym kraju. Jest to reakcja na „wezwanie do rewolucji” wygłoszone przez usuniętego ze stanowiska prezydenta Manuela Zelayę. Nowe prawo pozwala policji i wojsku rozpędzać zgromadzenia publiczne odbywające się „bez upoważnienia” i dokonywać aresztowań bez nakazu, a także wprowadza ograniczenia wolności mediów.

__________

Spisek agresorów — Fox News, grudzień 2007:

Rosja zamierza sprzedać Iranowi nowoczesny, zaawansowany system obrony przeciwlotniczej, który zdaniem ekspertów jest w stanie zadać poważny cios ewentualnym napastnikom.

Umowa w sprawie systemu obrony powietrznej S-300 świadczy o wzmożonej współpracy wojskowej między Moskwą a Teheranem.

Naród miłujący pokój — New York Times, 9 września 2009:

Pomimo recesji gospodarczej, która spowodowała obniżenie obrotów światowego handlu bronią, Stany Zjednoczone umocniły się w ubiegłym roku na pozycji największego na świecie dostawcy uzbrojenia. (…) W 2008 roku łączna kwota kontraktów na dostawę broni podpisanych przez USA wyniosła 37,8 miliarda dolarów, co stanowi 68,4% ogólnoświatowego obrotu bronią. Jest to także znaczny wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim, który dla Stanów Zjednoczonych zamknął się kwotą 25,4 miliarda dolarów.

Na odległym drugim miejscu uplasowały się Włochy (sprzedaż broni na łączną kwotę 3,7 miliarda dolarów w 2008 roku), a na trzecim Rosja (3,5 miliarda dolarów w zeszłym roku). (…) Stany Zjednoczone są liderem nie tylko w łącznej sprzedaży broni na świecie, ale także pod względem sprzedaży uzbrojenia do krajów rozwijających się. Umowy z tymi krajami opiewały na 29,6 miliarda dolarów, co stanowi 70,1% wszystkich takich transakcji.

__________

Państwa sponsorujące terroryzm — BBC, listopad 2006:

Wysoki rangą oficer Hezbollahu oznajmił w wypowiedzi dla BBC, że prowadzone przez jego organizację prace rekonstrukcyjne w Libanie są finansowane przez Iran.(…)

Minister finansów Libanu, Jihad Azour, także przyznał, że środki pieniężne z Iranu są przekazywane bezpośrednio Hezbollahowi.

Oni tylko pragną pokoju — Times, 23 lutego 2009:

Jak wynika z ujawnionej szczegółowej dokumentacji, podczas ofensywy w Gazie w zeszłym miesiącu Izrael wykorzystywał na szeroką skalę broń wyprodukowaną w Stanach Zjednoczonych, w tym pociski artyleryjskie zawierające biały fosfor, bomby o wadze 230 kilogramów i pociski Hellfire.

New York Times, lipiec 2006:

Przedstawiciele Białego Domu poinformowali w piątek, że administracja prezydenta Busha odpowiedziała przychylnie na zeszłotygodniową prośbę Izraela o przyspieszenie dostawy naprowadzanych laserowo bomb. Izrael rozpoczął kampanię nalotów na obiekty Hezbollahu w Libanie.

Decyzja o przyspieszeniu dostawy broni do Izraela została podjęta bez większych oporów w obrębie administracji Busha. Jej ujawnienie może jednak zantagonizować rządy krajów arabskich i innych państw, ponieważ sugeruje, że Stany Zjednoczone aktywnie wspierają bombardowania prowadzone przez Izrael, co można by przyrównać do pomocy wojskowej i zaopatrzenia, jakie Iran dostarcza Hezbollahowi.

BBC, 21 marca 2003:

Od dawna oczekiwany krok nastąpił trzeciej nocy tej wojny, gdy amerykańskie pociski typu cruise i precyzyjne bomby naprowadzane z lotniskowców runęły na Bagdad i inne ważne ośrodki miejskie Iraku. (…) Doktryna „shock and awe” — szoku i przerażenia — jest oparta na książce wojskowego stratega Harlana Ullmana, któremu hołduje zarówno sekretarz obrony Donald Rumsfeld, jak i sekretarz stanu Colin Powell.

Pan Ullman pisze w swojej książce, że użycie sił powietrznych do wywołania „nieomal niepojętego stopnia totalnego zniszczenia” pozwoliłoby wywołać „przemożny szok i przerażenie, które rychło sparaliżowałoby wroga i odebrało mu wolę stawiania oporu”.

__________

Okrutni władcy gardzą własnym ludem — Washington Post, czerwiec 2009:

Dokumenty, które ujawnił w sobotę Mir Hossein Mousavi, główny kandydat opozycji w kontestowanych wyborach prezydenckich z zeszłego miesiąca, drobiazgowo opisują liczne oszustwa wyborcze, jakich mieli się dopuścić zwolennicy Mahmouda Ahmadinejada. Oszustwa te miały jakoby zapewnić zwycięstwo urzędującemu prezydentowi Iranu.

To idzie wolność — CNN, w zeszłym tygodniu:

Prezydent Afganistanu Hamid Karzai przestrzegł we wtorek zachodnich obserwatorów, aby nie „delegitymizowali” wyników wyborów prezydenckich w tym kraju, naznaczonych oskarżeniami o fałszerstwa.

Ogłoszone w środę wyniki dają Karzajowi 54% głosów w wyborach z 20 sierpnia, jednak oficjalny rezultat zostanie podany dopiero po rozpatrzeniu zarzutów przez odpowiednie władze. Dotychczas unieważniono ponad 200 000 z niemal 5,7 miliona oddanych głosów, w tym 29 000 kart wyborczych z regionu Afganistanu, w którym Hamid Karzai cieszy się dużym poparciem. Obserwatorzy z Unii Europejskiej poddają w wątpliwość dalsze półtora miliona głosów.

Kraj korzystający z wolności — Economist, wrzesień 2009:

Aparat bezpieczeństwa rozrasta się pod rządami Szyitów w Iraku. Coraz częściej odnotowywane są przypadki naruszania praw człowieka. W prywatnych rozmowach Irakijczycy, szczególnie ci lepiej wykształceni, wyrażają obawy, że w Iraku stopniowo powraca państwo policyjne.

Znów dają o sobie znać praktyki z czasów Saddama Husseina. W rządowych ośrodkach internowania tortury są na porządku dziennym. „Jest źle, a będzie coraz gorzej, nawet biorąc pod uwagę lokalne normy w tym zakresie” — twierdzi Samer Muscati z pozarządowej organizacji Human Rights Watch w Nowym Jorku.

Według raportu opracowanego przez zespół Muscatiego, odkąd ustał amerykański nadzór (a pamiętamy przecież, że i Amerykanie mają na sumieniu karygodne postępowanie w miejscach takich jak więzienie Abu Ghraib), iracka policja i siły bezpieczeństwa jak za dawnych lat posuwają się do bicia osadzonych i wyrywania paznokci — nawet tym, którzy przyznali się już do winy. Z trudem poruszający się więzień opowiada, jak po pięciu dniach tortur w budynku jednego z ministerstw zrozumiał, że mimo wszystko został potraktowany ze względną delikatnością . Jak twierdzi, po powrocie do celi zdał sobie sprawę, że wśród współwięźniów było wielu pozbawionych kończyn lub organów wewnętrznych.

__________

Kraj bandycki okazuje pogardę dla prawa międzynarodowego — National Public Radio w tym tygodniu:

W dramatycznie brzmiącym oświadczeniu prezydent Obama, brytyjski premier Gordon Brown i prezydent Francji Nicolas Sarkozy wspólnie stwierdzają, że istnienie tego ośrodka „pogłębia nasze obawy”, że ukrywanie badań nad energią atomową świadczy o niechęci Iranu do wywiązania się z międzynarodowych zobowiązań. Według Obamy Iran „łamie reguły, których przestrzeganie jest obowiązkiem wszystkich państw”.

Szacunek dla prawa międzynarodowego — David Cole, New York Review of Books w tym tygodniu:

Zgodnie z Konwencją w sprawie zakazu stosowania tortur (Convention Against Torture) Stany Zjednoczone mają w świetle prawa obowiązek przekazać każdy zarzut stosowania tortur, postawiony osobom podlegającym ich jurysdykcji, „właściwym organom w celu przeprowadzenia postępowania karnego”. Zarówno prezydent Obama, jak i prokurator generalny Holder uznają podtapianie (waterboarding) za formę tortur. Wynika z tego, że tego Stany Zjednoczone są prawnie zobligowane nie tylko do wszczęcia postępowania przeciwko oficerom CIA, którzy poddawali więźniów podtapianiu i bardziej dotkliwym metodom przesłuchań, ale także prawników i urzędników państwowych, którzy upoważnili ich do stosowania tortur. (…) Dopóki nie rozliczymy urzędników odpowiedzialnych za to, że tortury i inne okrutne, nieludzkie, upokarzające metody traktowania więźniów otrzymały oficjalną sankcję w polityce USA, zaangażowanie Ameryki w obronę praworządności na świecie pozostanie jedynie pustosłowiem — bo jest wprowadzane w czyn tylko wówczas, gdy nie koliduje z innymi interesami amerykańskich polityków.

Artykuł 2 Karty Narodów Zjednoczonych:

Wszyscy członkowie powstrzymają się w swych stosunkach międzynarodowych od groźby użycia siły lub użycia jej przeciwko integralności terytorialnej lub niezawisłości politycznej któregokolwiek państwa (…).

__________

Kiedy już usystematyzujemy te trudne pojęcia, wszystko staje się znacznie prostsze. Być może najtrudniej przyjdzie zrozumieć, jakim cudem tak zwaną „lewicę” odsądza się od czci i wiary za „relatywizm moralny”, kiedy wskazuje takie właśnie użycie owych pojęć — podczas gdy sednem relatywizmu moralnego jest osądzanie czynu nie na podstawie tego, co się wydarzyło, ale kto tego dokonał. Jak dziecinny trzeba mieć umysł i jaką miłość własną, by ten sam czyn uznać z definicji za chwalebny, kiedy dokonało się go samemu, a za naganny, gdy sprawcą jest ktoś inny.

Tekst oryginalny

Tłumaczenie Marek Jedliński. Odsyłacze w tekście pochodzą od autora.

, , , ,

Brak komentarzy

Nim zginiemy w zupie

„Jeśli przywódcy naszego społeczeństwa – politycy, szefowie korporacji i właściciele prasy i telewizji – zdołają zapanować nad naszymi myślami, ich władza będzie całkowicie bezpieczna. Wojsko nie będzie musiało patrolować ulic. Będziemy kontrolować się sami”.
– Howard Zinn, historyk amerykański

George lubi cheeseburgery z cebulką, a Laura woli z ostrą papryczką. Takie oto smaczki w letni piątkowy wieczór serwują „Fakty” TVN, jakby zakładając, że wśród złaknionych „całej prawdy całą dobę” dominują tropiciele kulinarnych newsów z wyższych sfer, do których bez wątpienia należy rozpieszczana przez nasze media amerykańska para prezydencka. Ta sielankowa atmosfera wpisuje się w leniwy nurt cebulkowo-papryczkowego dziennikarstwa uprawianego przez większość polskich korespondentów z Ameryki.

Tymczasem nad rancho w teksańskim Crawford nieoczekiwanie zbierają się chmury. Obok rzeczonych jarzyn pojawia się bowiem wątek Cindy Sheehan (już dziś okrzykniętej nową Rosą Parks), matki dwudziestoczteroletniego amerykańskiego żołnierza, który – jak blisko dwa tysiące innych – z wojny w Iraku powrócił w trumnie. Sheehan i inni przeciwnicy II Wojny o Ropę od początku sierpnia pikietują przed posiadłością prezydenta Busha, który jak dotąd nie znalazł dla nich czasu w swoim wakacyjnym grafiku. I pewnie już nie znajdzie – ostatniego równie błogiego relaksu, przed czterema laty, nie zdołał mu zakłócić nawet raport wywiadu z 6 sierpnia 2001 r., zatytułowany „Bin Laden zdecydowany uderzyć na obszarze USA”.

Ciemno wszędzie…

Najnowsza fala antywojennych protestów przetaczająca się przez Amerykę to tylko jedno ze zjawisk, które konsekwentnie umykają uwadze polskich mediów. Zwykli ludzie ze świecami w dłoniach interesują naszych zagranicznych korespondentów równie mało ile coraz ostrzejsze i powszechniejsze głosy krytyki pod adresem administracji Busha, poparte obszernym materiałem dowodowym i sygnowane przez znane i wiarygodne nazwiska. Czy to pewna taka nieśmiałość, czy już autocenzura w naszych wolnych mediach? Czyżbyśmy woleli nie wiedzieć i nie zauważać, bo konfrontacja z faktami może nas zmusić do odpowiedzi na trudne pytania, zburzy nasz święty spokój?

Jawną częścią doktryny amerykańskich neokonserwatystów jest dziś starożytna opozycja „oświeceni kontra barbarzyńcy”.

Dlaczego zamiast nagłaśniać protest Sheehan polskie media wolą cebulkę? Odpowiedzi na to pytanie mogą udzielić tylko właściwe redakcje – mnie pozostaje sfera domysłów. Zanim się domyślę, że wszystko, co nie pasuje do naszego wyobrażenia Ameryki, jej przywódców i ich polityki zagranicznej wzbudza naszą nieufność, wysunę szeroko dziś lansowaną hipotezę cywilizacyjną, która ściśle się splata z hipotezą rynkową.

Jawną częścią doktryny amerykańskich neokonserwatystów jest dziś starożytna opozycja „oświeceni kontra barbarzyńcy”. Świadomie bądź nie, promuje ją większość tamtejszych mediów. A choć Polak rasistą nie jest i choć nie wszystkich przekonuje ideologia świętej wojny kultur, na ogół dumnie przyznajemy się do orientacji „prozachodniej” i szczycimy przynależnością do „cywilizowanego świata”. (Z)wiedzione zasadą „dobre, bo amerykańskie”, polskie stacje telewizyjne, rozgłośnie i gazety kupiły już wygodny w obsłudze i tani w eksploatacji czarno-biały model świata, w którym duży może więcej. A że „might makes right”, im więcej może, tym większa jego racja.

I tu nie domysł już, lecz fakt: w tym mocno uproszczonym świecie żeby zaistnieć, trzeba się sprzedać. Kto nie jest top trendy, wypada z gry. Dobrze opakowane i odpowiednio podane newsy są zawsze w cenie. Obok wiadomości lekkich, łatwych i sprzyjających konsumpcji, istnieją takie, które ożywiają koniunkturę. Gdy dolar spada a ropa idzie w górę nic nie sprzedaje się lepiej niż wojna z terroryzmem – szeroko reklamowana inwestycja w historię, mająca trwać, według różnych szacunków, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat (republikański senator Newt Gingrich), bądź wiecznie (Dick Cheney).

Bezterminowa wojna z terroryzmem będzie się świetnie sprzedawać pod warunkiem, że nikt nam jej nie pokaże od kuchni. Jesteśmy w stanie kupić wiele – nawet koncepcję, że wojna z terroryzmem uzasadnia ograniczenia praw obywatelskich – ale nie wszystko. Nie powinniśmy na przykład wiedzieć o istnieniu statków, na których poza zasięgiem prawa torturuje się podejrzanych o terroryzm, ani być szczegółowo informowani o liczbie ofiar po stronie przeciwnika. Niewskazane są spekulacje, kto i w jaki sposób na wojnie skorzystał. Ignorancja jest siłą.

Jak każdy dobrze wypromowany produkt, ten megashow XXI wieku ma jeszcze jedną zaletę: skupia na sobą całą uwagę. Dzięki wojnie z terroryzmem amerykańskiej opinii publicznej nie rozprasza pamięć o wyborczym hokus-pokus sprzed pięciu lat, gdy pozbawiono prawa do głosowania 50 tysięcy osób, a Sąd Najwyższy nie dopuścił do ręcznego przeliczania głosów. W warunkach podwyższonego alertu kłopoty z maszynami do głosowania firmy Diebold nie zakłóciły kampanii prezydenckiej z 2004 r. Wojna z terroryzmem przyćmi też kampanię Cindy Sheehan. Bo teraz mamy wspierać nasze wojsko, a nie oglądać płaczące matki i trupy żołnierzy. Złe wiadomości z frontu psują morale. Siła mediów polega również na tym, ile i za ile potrafią milczeć.

Głucho wszędzie…

W Polsce milczy się długo. Mało kto w naszym kraju słyszał o istnieniu neokonserwatywnej organizacji o nazwie „Project for the New American Century”, zrzeszającej czołowych graczy na amerykańskiej scenie politycznej (m.in. wiceprezydenta USA Dicka Cheneya, sekretarza obrony Donalda Rumsfelda i jego zastępcę Paula Wolfowitza), która propagowała nowy układ sił na świecie na długo przed 11 września. Gdyby nie zbierający w Polsce cięgi „Fahrenheit 9-11” Michaela Moore’a, przeciętny Kowalski nigdy by nie przypuszczał, że gdy po ataku na World Trade Center i Pentagon wprowadzono całkowity zakaz lotów na terenie USA (uniemożliwiając powrót do kraju przebywającemu za granicą byłemu prezydentowi Clintonowi i „uziemiając” samego George’a Busha seniora), liczni przedstawiciele rodu bin Ladenów bezpiecznie wylatywali z Ameryki w dyskretnej asyście służb specjalnych. Bez kłopotliwych pytań i przesłuchań, choć zanim jeszcze trzysta tysięcy ton stali każdej z bliźniaczych wież zmieniło się w cmentarzysko blisko trzech tysięcy ludzi, Osama bin Laden był wymieniany jako prawdopodobny sprawca i sponsor największego ataku terrorystycznego w historii Stanów Zjednoczonych. Czyżby, jak sugeruje w swej najnowszej książce o znamiennym tytule „The New Pearl Harbor” amerykański teolog David Ray Griffin, agenci FBI i najwyższe władze amerykańskiego państwa nie spodziewały się uzyskać od Saudyjczyków niczego poza tym, co było im już znane?

Niechęć do wiedzy i zadawania trudnych pytań jest naszym ulubionym towarem importowym z Bushowskiej Ameryki. Nic w tym dziwnego: łatwiej przełknąć cebulkę, a nawet wizową papryczkę, niż świadomość fiaska polityki zagranicznej. A takim jest niewątpliwie polski udział w inwazji na Irak, opartej, nie da się już ukryć, na fałszywych przesłankach, dziś chętnie określanych błędami wywiadu. O ileż przyjemniej jest słuchać dobrych wiadomości i śledzić miłosne perypetie Maksa Kolonko zamiast zadręczać się naszą rolą, bądź co bądź, okupanta, dość kłopotliwą w świetle naszej historii i dalece niekomfortową w obliczu podwyższonego ryzyka ataku terrorystycznego. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam zbiorowego rozgrzeszenia we własnych oczach (w sobotnim wydaniu wieczornych „Faktów”, z 20 sierpnia, udzielił go hojnie widzom Jacek Pałasiński, który komentując wizytę Benedykta XVI w Kolonii wymienił wojnę w Iraku, na równi z 11 września i zamachami w Londynie, jako przykład agresji ze strony świata muzułmańskiego). Trzeba nam również zbiorowej amnezji, by zapomnieć, że przystępując do operacji „Iracka Wolność” nie szukaliśmy intratnych kontraktów, lecz broni masowej zagłady i tylko przypadek sprawił, że polskie stacje chętniej poświęcały czas antenowy spekulacjom o szansach Bumaru i skandalowi wokół Ostrowski Arms, niż wolności Irakijczyków. Kiedy osławione ciężarówki-laboratoria, podobnie jak wzbogacony uran z Nigru, okazały się równie iluzoryczne jak nadzieje na demokrację w Iraku i Afganistanie czy ujęcie Osamy, zamiast poszukiwania broni, naszą misją stało się obalenie zbrodniczego dyktatora. Wprawdzie za czasów Reagana Saddam gościł u siebie Donalda Rumsfelda i był regularnie zbrojony przez Amerykę (nawet po pamiętnej zbrodni w Halabdży), lecz chyba wszyscy się zgodzą, że musiał odejść. Kogo nie przekonuje udział Iraku w zamachach z 11 września (który długo przekonywał większość Amerykanów) zapewne przekona światowy kryzys naftowy i rosnące społeczno-polityczne napięcie na Bliskim Wschodzie. Problem tkwił tylko w tym, by – jak radził Zbigniew Brzeziński w artykule zatytułowanym „Jeśli musimy walczyć”, opublikowanym w Washington Post 18 sierpnia 2002 – iracką wojnę „przeprowadzić w sposób usprawiedliwiający amerykańską hegemonię”. Ale z tym akurat nasze media poradziły sobie znakomicie.

Bo my tu w Polsce kochamy Amerykę. Bezwarunkowo i bezkrytycznie. Kochamy ją za wspólne obalenie komunizmu, za NATO, giełdę, Myszkę Miki, F-16 i cheeseburgera z cebulką. Kochamy prezydenta Busha i jego administrację, która z pasją krzyżowców wybawia zachodnią cywilizację przed siłami ciemności i lada chwila popchnie nas do nowej krucjaty przeciwko niewiernym i niepokornym. W kolejce do wyzwolenia czeka Iran i Korea Północna, a oś zła można zawsze przedłużyć o tych, co nie z nami. Ameryce jesteśmy gotowi wybaczyć każde potknięcie, tym chętniej, że z medialnych relacji dowiadujemy się najczęściej o niewinnych gafach przy stole lub prezydenckich upadkach rowerowych. Waszyngtoński korespondent Gazety Wyborczej, Marcin Gadziński, w artykule pt. „Jakim kolarzem jest Bush” z 21 sierpnia zapewnia, że wbrew powszechnym opiniom (jakim kolarzem jest – każdy widzi) Bush jeździć umie, czego dowodem jest ostatnia dwugodzinna przejażdżka z samym Lancem Armstrongiem. Gadziński drobiazgowo analizuje prezydenckie kalorie i tętno w stanie spoczynku (jak u wyczynowych kolarzy!). Gdyby polscy dziennikarze z równą dociekliwością prześledzili losy ucinanych przed 11 września dochodzeń FBI, pokusili się o wnikliwą analizę biznesowych powiązań rodziny Bushów i wiceprezydenta Dicka Cheneya, zapoznali się z założeniami spędzającego sen z oczu porządnym obywatelom „Patriot Act” i przedstawili społeczeństwu wizję świata według amerykańskich neokonserwatystów, być może nasze media dałoby się ocalić przed cebulkową autocenzurą, a nas – przed półprawdami całą dobę. Jeszcze nie jest za późno.

Post scriptum – co to będzie?

21 sierpnia amerykańska stacja telewizyjna z Utah, KTVX, odmówiła wyemitowania antywojennego spotu reklamowego z udziałem Cindy Sheehan, w uzasadnieniu podając, iż „przedstawione w materiale opinie nie odpowiadają zapotrzebowaniu naszego rynku i nie zostaną pozytywnie odebrane przez naszych widzów”. Sam George Orwell nie ująłby tego lepiej.

Anna Duniewicz

, , ,

Brak komentarzy