WolneWyrazy.pl
Wpisy oznaczone tagiem bush
Nim zginiemy w zupie
Marek w Pismo nosem dnia 18-09-2005
„Jeśli przywódcy naszego społeczeństwa – politycy, szefowie korporacji i właściciele prasy i telewizji – zdołają zapanować nad naszymi myślami, ich władza będzie całkowicie bezpieczna. Wojsko nie będzie musiało patrolować ulic. Będziemy kontrolować się sami”.
– Howard Zinn, historyk amerykański
George lubi cheeseburgery z cebulką, a Laura woli z ostrą papryczką. Takie oto smaczki w letni piątkowy wieczór serwują „Fakty” TVN, jakby zakładając, że wśród złaknionych „całej prawdy całą dobę” dominują tropiciele kulinarnych newsów z wyższych sfer, do których bez wątpienia należy rozpieszczana przez nasze media amerykańska para prezydencka. Ta sielankowa atmosfera wpisuje się w leniwy nurt cebulkowo-papryczkowego dziennikarstwa uprawianego przez większość polskich korespondentów z Ameryki.
Tymczasem nad rancho w teksańskim Crawford nieoczekiwanie zbierają się chmury. Obok rzeczonych jarzyn pojawia się bowiem wątek Cindy Sheehan (już dziś okrzykniętej nową Rosą Parks), matki dwudziestoczteroletniego amerykańskiego żołnierza, który – jak blisko dwa tysiące innych – z wojny w Iraku powrócił w trumnie. Sheehan i inni przeciwnicy II Wojny o Ropę od początku sierpnia pikietują przed posiadłością prezydenta Busha, który jak dotąd nie znalazł dla nich czasu w swoim wakacyjnym grafiku. I pewnie już nie znajdzie – ostatniego równie błogiego relaksu, przed czterema laty, nie zdołał mu zakłócić nawet raport wywiadu z 6 sierpnia 2001 r., zatytułowany „Bin Laden zdecydowany uderzyć na obszarze USA”.
Ciemno wszędzie…
Najnowsza fala antywojennych protestów przetaczająca się przez Amerykę to tylko jedno ze zjawisk, które konsekwentnie umykają uwadze polskich mediów. Zwykli ludzie ze świecami w dłoniach interesują naszych zagranicznych korespondentów równie mało ile coraz ostrzejsze i powszechniejsze głosy krytyki pod adresem administracji Busha, poparte obszernym materiałem dowodowym i sygnowane przez znane i wiarygodne nazwiska. Czy to pewna taka nieśmiałość, czy już autocenzura w naszych wolnych mediach? Czyżbyśmy woleli nie wiedzieć i nie zauważać, bo konfrontacja z faktami może nas zmusić do odpowiedzi na trudne pytania, zburzy nasz święty spokój?
Dlaczego zamiast nagłaśniać protest Sheehan polskie media wolą cebulkę? Odpowiedzi na to pytanie mogą udzielić tylko właściwe redakcje – mnie pozostaje sfera domysłów. Zanim się domyślę, że wszystko, co nie pasuje do naszego wyobrażenia Ameryki, jej przywódców i ich polityki zagranicznej wzbudza naszą nieufność, wysunę szeroko dziś lansowaną hipotezę cywilizacyjną, która ściśle się splata z hipotezą rynkową.
Jawną częścią doktryny amerykańskich neokonserwatystów jest dziś starożytna opozycja „oświeceni kontra barbarzyńcy”. Świadomie bądź nie, promuje ją większość tamtejszych mediów. A choć Polak rasistą nie jest i choć nie wszystkich przekonuje ideologia świętej wojny kultur, na ogół dumnie przyznajemy się do orientacji „prozachodniej” i szczycimy przynależnością do „cywilizowanego świata”. (Z)wiedzione zasadą „dobre, bo amerykańskie”, polskie stacje telewizyjne, rozgłośnie i gazety kupiły już wygodny w obsłudze i tani w eksploatacji czarno-biały model świata, w którym duży może więcej. A że „might makes right”, im więcej może, tym większa jego racja.
I tu nie domysł już, lecz fakt: w tym mocno uproszczonym świecie żeby zaistnieć, trzeba się sprzedać. Kto nie jest top trendy, wypada z gry. Dobrze opakowane i odpowiednio podane newsy są zawsze w cenie. Obok wiadomości lekkich, łatwych i sprzyjających konsumpcji, istnieją takie, które ożywiają koniunkturę. Gdy dolar spada a ropa idzie w górę nic nie sprzedaje się lepiej niż wojna z terroryzmem – szeroko reklamowana inwestycja w historię, mająca trwać, według różnych szacunków, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat (republikański senator Newt Gingrich), bądź wiecznie (Dick Cheney).
Bezterminowa wojna z terroryzmem będzie się świetnie sprzedawać pod warunkiem, że nikt nam jej nie pokaże od kuchni. Jesteśmy w stanie kupić wiele – nawet koncepcję, że wojna z terroryzmem uzasadnia ograniczenia praw obywatelskich – ale nie wszystko. Nie powinniśmy na przykład wiedzieć o istnieniu statków, na których poza zasięgiem prawa torturuje się podejrzanych o terroryzm, ani być szczegółowo informowani o liczbie ofiar po stronie przeciwnika. Niewskazane są spekulacje, kto i w jaki sposób na wojnie skorzystał. Ignorancja jest siłą.
Jak każdy dobrze wypromowany produkt, ten megashow XXI wieku ma jeszcze jedną zaletę: skupia na sobą całą uwagę. Dzięki wojnie z terroryzmem amerykańskiej opinii publicznej nie rozprasza pamięć o wyborczym hokus-pokus sprzed pięciu lat, gdy pozbawiono prawa do głosowania 50 tysięcy osób, a Sąd Najwyższy nie dopuścił do ręcznego przeliczania głosów. W warunkach podwyższonego alertu kłopoty z maszynami do głosowania firmy Diebold nie zakłóciły kampanii prezydenckiej z 2004 r. Wojna z terroryzmem przyćmi też kampanię Cindy Sheehan. Bo teraz mamy wspierać nasze wojsko, a nie oglądać płaczące matki i trupy żołnierzy. Złe wiadomości z frontu psują morale. Siła mediów polega również na tym, ile i za ile potrafią milczeć.
Głucho wszędzie…
W Polsce milczy się długo. Mało kto w naszym kraju słyszał o istnieniu neokonserwatywnej organizacji o nazwie „Project for the New American Century”, zrzeszającej czołowych graczy na amerykańskiej scenie politycznej (m.in. wiceprezydenta USA Dicka Cheneya, sekretarza obrony Donalda Rumsfelda i jego zastępcę Paula Wolfowitza), która propagowała nowy układ sił na świecie na długo przed 11 września. Gdyby nie zbierający w Polsce cięgi „Fahrenheit 9-11” Michaela Moore’a, przeciętny Kowalski nigdy by nie przypuszczał, że gdy po ataku na World Trade Center i Pentagon wprowadzono całkowity zakaz lotów na terenie USA (uniemożliwiając powrót do kraju przebywającemu za granicą byłemu prezydentowi Clintonowi i „uziemiając” samego George’a Busha seniora), liczni przedstawiciele rodu bin Ladenów bezpiecznie wylatywali z Ameryki w dyskretnej asyście służb specjalnych. Bez kłopotliwych pytań i przesłuchań, choć zanim jeszcze trzysta tysięcy ton stali każdej z bliźniaczych wież zmieniło się w cmentarzysko blisko trzech tysięcy ludzi, Osama bin Laden był wymieniany jako prawdopodobny sprawca i sponsor największego ataku terrorystycznego w historii Stanów Zjednoczonych. Czyżby, jak sugeruje w swej najnowszej książce o znamiennym tytule „The New Pearl Harbor” amerykański teolog David Ray Griffin, agenci FBI i najwyższe władze amerykańskiego państwa nie spodziewały się uzyskać od Saudyjczyków niczego poza tym, co było im już znane?
Niechęć do wiedzy i zadawania trudnych pytań jest naszym ulubionym towarem importowym z Bushowskiej Ameryki. Nic w tym dziwnego: łatwiej przełknąć cebulkę, a nawet wizową papryczkę, niż świadomość fiaska polityki zagranicznej. A takim jest niewątpliwie polski udział w inwazji na Irak, opartej, nie da się już ukryć, na fałszywych przesłankach, dziś chętnie określanych błędami wywiadu. O ileż przyjemniej jest słuchać dobrych wiadomości i śledzić miłosne perypetie Maksa Kolonko zamiast zadręczać się naszą rolą, bądź co bądź, okupanta, dość kłopotliwą w świetle naszej historii i dalece niekomfortową w obliczu podwyższonego ryzyka ataku terrorystycznego. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam zbiorowego rozgrzeszenia we własnych oczach (w sobotnim wydaniu wieczornych „Faktów”, z 20 sierpnia, udzielił go hojnie widzom Jacek Pałasiński, który komentując wizytę Benedykta XVI w Kolonii wymienił wojnę w Iraku, na równi z 11 września i zamachami w Londynie, jako przykład agresji ze strony świata muzułmańskiego). Trzeba nam również zbiorowej amnezji, by zapomnieć, że przystępując do operacji „Iracka Wolność” nie szukaliśmy intratnych kontraktów, lecz broni masowej zagłady i tylko przypadek sprawił, że polskie stacje chętniej poświęcały czas antenowy spekulacjom o szansach Bumaru i skandalowi wokół Ostrowski Arms, niż wolności Irakijczyków. Kiedy osławione ciężarówki-laboratoria, podobnie jak wzbogacony uran z Nigru, okazały się równie iluzoryczne jak nadzieje na demokrację w Iraku i Afganistanie czy ujęcie Osamy, zamiast poszukiwania broni, naszą misją stało się obalenie zbrodniczego dyktatora. Wprawdzie za czasów Reagana Saddam gościł u siebie Donalda Rumsfelda i był regularnie zbrojony przez Amerykę (nawet po pamiętnej zbrodni w Halabdży), lecz chyba wszyscy się zgodzą, że musiał odejść. Kogo nie przekonuje udział Iraku w zamachach z 11 września (który długo przekonywał większość Amerykanów) zapewne przekona światowy kryzys naftowy i rosnące społeczno-polityczne napięcie na Bliskim Wschodzie. Problem tkwił tylko w tym, by – jak radził Zbigniew Brzeziński w artykule zatytułowanym „Jeśli musimy walczyć”, opublikowanym w Washington Post 18 sierpnia 2002 – iracką wojnę „przeprowadzić w sposób usprawiedliwiający amerykańską hegemonię”. Ale z tym akurat nasze media poradziły sobie znakomicie.
Bo my tu w Polsce kochamy Amerykę. Bezwarunkowo i bezkrytycznie. Kochamy ją za wspólne obalenie komunizmu, za NATO, giełdę, Myszkę Miki, F-16 i cheeseburgera z cebulką. Kochamy prezydenta Busha i jego administrację, która z pasją krzyżowców wybawia zachodnią cywilizację przed siłami ciemności i lada chwila popchnie nas do nowej krucjaty przeciwko niewiernym i niepokornym. W kolejce do wyzwolenia czeka Iran i Korea Północna, a oś zła można zawsze przedłużyć o tych, co nie z nami. Ameryce jesteśmy gotowi wybaczyć każde potknięcie, tym chętniej, że z medialnych relacji dowiadujemy się najczęściej o niewinnych gafach przy stole lub prezydenckich upadkach rowerowych. Waszyngtoński korespondent Gazety Wyborczej, Marcin Gadziński, w artykule pt. „Jakim kolarzem jest Bush” z 21 sierpnia zapewnia, że wbrew powszechnym opiniom (jakim kolarzem jest – każdy widzi) Bush jeździć umie, czego dowodem jest ostatnia dwugodzinna przejażdżka z samym Lancem Armstrongiem. Gadziński drobiazgowo analizuje prezydenckie kalorie i tętno w stanie spoczynku (jak u wyczynowych kolarzy!). Gdyby polscy dziennikarze z równą dociekliwością prześledzili losy ucinanych przed 11 września dochodzeń FBI, pokusili się o wnikliwą analizę biznesowych powiązań rodziny Bushów i wiceprezydenta Dicka Cheneya, zapoznali się z założeniami spędzającego sen z oczu porządnym obywatelom „Patriot Act” i przedstawili społeczeństwu wizję świata według amerykańskich neokonserwatystów, być może nasze media dałoby się ocalić przed cebulkową autocenzurą, a nas – przed półprawdami całą dobę. Jeszcze nie jest za późno.
Post scriptum – co to będzie?
21 sierpnia amerykańska stacja telewizyjna z Utah, KTVX, odmówiła wyemitowania antywojennego spotu reklamowego z udziałem Cindy Sheehan, w uzasadnieniu podając, iż „przedstawione w materiale opinie nie odpowiadają zapotrzebowaniu naszego rynku i nie zostaną pozytywnie odebrane przez naszych widzów”. Sam George Orwell nie ująłby tego lepiej.
Anna Duniewicz

