WolneWyrazy.pl
Wpisy oznaczone tagiem ameryka-łacińska
John Pilger: Cztery wojny i Nobel
Marek w Tłumaczenie z Ameryki dnia 19-10-2009
Wojna to pokój. Ignorancja to siła
John Pilger
15 października 2009
Barack Obama, tegoroczny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, planuje dopisać nową wojnę do i tak już imponującego katalogu. W Afganistanie jego wysłannicy niemal codziennie masakrują gości weselnych, rolników i robotników budowlanych z broni takiej jak nowoczesne pociski Hellfire, wysysające powietrze z płuc. Według danych ONZ w Afganistanie każdego roku umiera 338 tysięcy noworodków, a wojskowy sojusz pod przywództwem Obamy dopuszcza przeznaczenie na opiekę medyczną zaledwie 29 dolarów na głowę.
Wojna w Pakistanie, rozpoczęta przez Obamę kilka tygodni po inauguracji, zmusiła już do opuszczenia domów ponad milion mieszkańców. Kierując groźby pod adresem Iranu — który jego sekretarz stanu, Hillary Clinton, jest gotowa „unicestwić” (obliterate) — Obama kłamał, twierdząc jakoby Irańczycy mieli ukrywać „tajny ośrodek badań nuklearnych”. Obama wie, że Iran już wcześnie zgłosił ten obiekt Międzynarodowej Agencji ds. Energii Atomowej. Działając w porozumieniu z jedynym na Bliskim Wschodzie państwem posiadającym broń atomową, Obama przekupił władze Autonomii Palestyńskiej, aby zgodziły się zamieść pod dywan raport ONZ, który stwierdza, że podczas ofensywy w strefie Gazy Izrael popełnił zbrodnie wojenne. Dodajmy, że zbrodnie te były możliwe dzięki dostawom amerykańskiej broni, zaaprobowanym przez Obamę jeszcze przed objęciem urzędu.
Na własnym podwórku ten pokojowo nastawiony prezydent zatwierdził najwyższy od zakończenia drugiej wojny światowej budżet wojskowy, a obywateli poddaje nieznanym dotąd formom represji. Podczas niedawnego szczytu grupy G20 w Pittsburgu, gdzie Obama pełnił honory gospodarza, zmilitaryzowane oddziały policji spacyfikowały pokojowych demonstrantów bronią o nazwie „urządzenie akustyczne dalekiego zasięgu” (Long-Range Acoustic Device), niewidywaną dotąd na ulicach amerykańskich miast. Urządzenie to, osadzone na wieżyczce mini-czołgu, emitowało ogłuszający dźwięk, podczas gdy mundurowi miotali gdzie popadło gaz łzawiący i pieprzowy. Ten wynalazek należy do nowego arsenału „środków kontroli tłumu”, dostarczanych na zamówienie wojska przez korporacje takie jak Raytheon. Podległy Obamie Pentagon realizuje „doktrynę bezpieczeństwa narodowego” (national security state), w ramach której obóz koncentracyjny w Guantánamo pozostaje otwarty — chociaż Obama obiecał go zamknąć — a porwania (rendition), tortury i zabójstwa na zlecenie służb specjalnych nie ustają.
Jednak najnowsza wojna laureata Pokojowej Nagrody Nobla jest w znacznej mierze tajna. 15 lipca Waszyngton sfinalizował umowę z rządem Kolumbii, która pozwoli Stanom Zjednoczonym założyć tam siedem olbrzymich baz wojskowych. „Chodzi o to” — donosi Associated Press — „aby uczynić Kolumbię regionalnym węzłem operacyjnym Pentagonu”. (…) [Samolot transportowy] C-17 może pokonać niemal pół kontynentu bez tankowania”, a to „pozwala wdrożyć strategię zaangażowania w regionie”.
Innymi słowy, Obama zamierza nie tylko „uchylić” niepodległość i demokrację, jaką narody Boliwii, Wenezueli, Ekwadoru i Paragwaju wywalczyły wbrew ogromnym przeciwnościom, ale także nie dopuścić do rozwinięcia się pierwszej w historii Ameryki Południowej współpracy regionalnej państw odrzucających przypisanie do amerykańskiej „strefy wpływów”. Kolumbijski reżim, który wspiera szwadrony śmierci i wśród krajów Ameryki Łacińskiej zajmuje niechlubne pierwsze miejsce pod względem liczby i wagi przypadków naruszania praw człowieka, otrzymuje od Stanów Zjednoczonych pomoc wojskową ustępującą tylko tej, jakiej Ameryka udziela Izraelowi. (Wielka Brytania tymczasem zapewnia szkolenia). Kolumbijskie bojówki, prowadzone przez amerykańskie satelity wojskowe, przedostały się już do Wenezueli z zamiarem obalenia demokratycznie wybranego rządu Hugo Cháveza. Usiłują dokończyć dzieło, któremu w 2002 nie podołał George W Bush.
Obamy wojna z pokojem i demokracją w Ameryce Łacińskiej wpisuje się w ciąg jego poczynań od czasu puczu, który w czerwcu obalił prezydenta Hondurasu, Manuela Zelayę, także rządzącego z woli narodu. Zelaya podniósł płacę minimalną, udzielał subwencji drobnym farmerom, obniżył stopy procentowe i zmniejszył poziom nędzy w kraju. Jego następnym krokiem miało być przełamanie monopolu amerykańskich producentów leków: zamierzał produkować tanie generyki we własnym kraju. Obama co prawda wezwał do przywrócenia Zelayi na stanowisko, ale nie potępił puczystów, nie odwołał ambasadora z Tegucigalpy ani nie nakazał powrotu do kraju amerykańskim oddziałom, które szkolą siły Hondurasu w tłumieniu ruchu oporu. Zelaya już kilkakrotnie odmawiał spotkania z Obamą. Tymczasem Obama autoryzował pożyczkę dla samozwańczych władz Hondurasu w wysokości 164 milionów dolarów, udzieloną przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wniosek jest jasny i niestety znajomy: Ameryka nie tknie palcem bandytów, dopóki działają w jej interesie.
Obama, chicagowski magik z dyplomem Harvardu, otrzymał (jak sam twierdzi) zadanie przywrócenia „wiodącej roli” Ameryki w świecie.
Decyzja Komitetu Noblowskiego to czyste umizgi, rasizm à rebours. Stawia Obamę na cokole tylko dlatego, że jest przedstawicielem mniejszości — popularnym wśród demokratycznie nastawionych mas, choć niekoniecznie wśród martwych afgańskich dzieci. Na tym polega powołanie Obamy. Niczym psi gwizdek: dla większości ludzi niesłyszalne, a jednak nieodparte dla nierozgarniętych i ignorantów. „Kiedy Obama wchodzi do salonu” — rozpływał się George Clooney — „aż się chce za nim pójść, wszystko jedno dokąd”.
Rozumiał to Frantz Fanon, wielki orędownik wyzwolenia Murzynów. W książce „The Wretched of the Earth” opisuje „pośrednika, którego misja nie ma nic wspólnego z transformacją narodu. Jest bowiem znacznie bardziej prozaiczna: stanowi on jedynie pomost między ludem a kapitalizmem, wszechobecnym choć zamaskowanym”. Monokultura środków przekazu sprowadziła debatę polityczną do poziomu takiego ubóstwa — Blair czy Brown? Brown czy Cameron? — że rasa, płeć i klasa społeczna stają się atrakcyjnym tematem zastępczym i narzędziem propagandy. W przypadku Obamy liczy się — jak w połowie XX wieku pisał Fanon — nie tyle „historycznie doniosły” awans społeczny pośrednika, co klasa, której ów pośrednik służy. W końcu żaden prezydent nie zaprosił do grona najbliższych współpracowników tylu przedstawicieli różnych ras co George W. Bush. Condoleezza Rice, Colin Powell, Clarence Thomas — wszyscy z jednakowym oddaniem służyli równie potężnemu co nieobliczalnemu mocarstwu.
Wielka Brytania przeżyła już raz zauroczenie podobne do dzisiejszego zachwytu Obamą. Nazajutrz po zwycięstwie Tony’ego Blaira w wyborach 1997 roku brytyjski Observer przewidywał, że premier „narzuci całemu światu nowe reguły przestrzegania praw człowieka”, a rozanielony Guardian pisał: „tama pękła pod naporem, a rzeka zmian wylewa się w szalonym pędzie”. Kiedy w listopadzie zeszłego roku Amerykanie wybrali Obamę, brytyjski deputowany Denis MacShane, wielki entuzjasta krwawych jatek Blaira, wypowiedział mimowolne ostrzeżenie: „Kiedy go słucham z zamkniętymi oczyma, mam wrażenie, że to przemawia Tony. Obama idzie naszą drogą z dziewięćdziesiątego siódmego”.
(Dopisek: Tutaj nieco dłuższy artykuł Noama Chomsky’ego z sierpnia 2009 o amerykańskiej polityce interwencji w Ameryce Południowej: Militarizing Latin America)

