12. Palec pod budkę

(nam)

Sny niektórych bogów (powiedział Robert) a szczególnie debiutantów (ja)
są pachnące, transerotyczne! „Marek, co ty teraz robisz.” Teraz piszę.
Ja mam wszystko czego mi potrzeba, a oni dają pieniądze, jak oni o tym myślą?
Zdenerwowany, teraz piszę.
Moje zwinne wyliczanki pozwalają się uwodzić i rozbierać
do naga, wymagają tylko taktu. Bez skrępowania pozują do
aktów (pasta do zębów i szampan w pocałunku, zdążyłem przed północą umyć
zęby) całkiem nieromantycznie: światło tysiąca betlejemskich gwiazd nie
przenika ich i nie podnieca tak nieodwołalnie jak pojedynczy strzał
flesza i światło powraca, już nie zagraża mu jałowość bożego narodzenia.
A ja, dziwne, okrutne że Ewa musiała być czarna, codziennie horror, jaki
tam ze mnie aktor, na jakich podskórnych głębokościach zalega kruszec
mojej krwi. Latem
w uzdrowisku gdzie spałem całkiem sam i sam jadłem na ławce lody a
słoneczny biały płyn kapał mi na spodnie co upodabniało mnie do wodzów
murzyńskich klanów wzniecających zimne pióropusze dreszczy w dyskotekach
zakochiwałem się w nowych dzieciach bez duszy zakochanych w sobie,
szukały w fontannie echa, w nowy rok pewnie przesypiają północ,
przekrzykują się jakby ich zażyłość trwała dłużej niż ich życie,
wyzywająco salutują przed siebie wyciągniętą ręką, jak akt, Palec Pod
Budkę! Palec Pod Budkę! Palec Pod Budkę! jak wyznanie i donos na
wszystkie moje zapomnienia -
a ja, dziwne, w to upalne południe nagle rozhuśtany krwią i pełen
wyrzutów sumienia, powiadam do kruchego mikrofonu w dłoni: