09. Bajka

Wyleciałem nad poziom.
Zawsze to wyżej.

W sumie – nic szczególnego.
Widok, przez chmury, monotonny.

Powietrze chłodne.
Słoneczko wcale nie bliższe, przysięgam.

Brak punktu oparcia, nie sposób nad sobą panować.
Nuda i prosta droga do schizofrenii.

Miałem szczęście wyrżnąć głową
w dryfującą kłodę.
A może to była trumna.

Grunt, że spadłem, zamroczony, w tłum.
Zawsze to raźniej.

Co noc moja rozpacz uskrzydlona
łamie sobie kręgosłup.