02. Oda

(machając na do widzenia pani Agacie Filipczak)

Gdzie jest Marian, usłyszałem
dosypując do mizerii szczyptę majeranku, cztery samoloty
udowodniły na niebie twierdzenie Talesa
smugami kondensacji a słoneczny saksofon zawodził od rana,
taksówki jazgotały ptasio, podchody-schody-kły.
       Krawat
ciasno pod szyją, niebieski jak mój niebieski paszport, poemat
         seria PP nr 318945 na okładce
miedziany orzeł patrzy w prawo jak na
przejściu dla pieszych
       w Londynie.
Niektóre części mojego ciała są prawdopodobnie z plastyku.
Jogurt
         płynie ulicą a z re-
portażu wynika że w więziennym radiowęźle cenzura nie istnieje
i czy ciemności „egipskie” nie są mniej niejasne od czerni „biblijnej”?
Cztery rzędy czarnych lusterek pod palcami jak miernik refleksu: ktoś
mógłby uznać że jestem nerwowy: ktoś
musiał to wszystko sam wymyślić: tę dziewczynę
w kolejce do pocztowego okienka która
powiedziała mi co znaczy hunky dory gdy spytałem nagle
Roberta i on nie wiedział. Wykąpałem się.
         „Panie Marianie,
piszę do Pana, żeby poinformować,
że czasami jest mi smutno, że zamiast Boga
jest rzeczywistość. Do niej za cholerę nie idzie
się modlić.”
         Początek listu od Roberta
podpisano: Kwinto, Londyn, 17 marca, dziś jest 29 i gorąco jak w pudle
gitary basowej.
           (Myślałem o Monice i jej [.....] ale częściej
myślę o Agacie, zaręczonej z Miśkiem vel Bawołem,
srebrne obrączki! – Agata poleci z Londynu do
Nowego Jorku, a stamtąd w cztery dni autobusem do
Kalifornii, więc napisałem jej wiersz.)
No więc gdzie jest Ma-
Kocie łby satelitarnych anten na pobliskich dachach
strzygą uszami, celują w moje pogryzione usta, jakby szukały
nowej gwiazdy. Muszę
wysuszyć włosy, uczesać się no i spinki, okulary, sygnet (nic
z tego, naprawdę). Gwiżdżę. Jest
         świetnie: matematyka
narysowana w powietrzu parą wodną! Przerażenie, zero
zdolności syntezy. W marcu holenderskie tulipany
w lipcu Tower Bridge. Popołudnie Mariana:
     w rozchmurzonej
rozpiętej kurtce zajmowałem pozycję siedzącą
w tramwaju linii 4
po prawej stronie twarzą w kierunku jazdy z pojedynczą
żółtą frezją w dłoni.
Tramwaj nie jechał ulicą
Jedlińskiego, musiałem się upewnić, rzadziej używaj
słowa „muszę”, dosyć moralności nie-
wolnika,
przystanek stracił się i po-
jechałem za daleko, wiedząc już gdzie jestem.