List do Maryanistow

Ameryka, 13 lutego 1990r.

Wait a minute… Wait a minute…
You ain`t heard nothing yet…

Daj, ac ja pofrune… I stalo sie, a ja sie nie smialem. Psyleciawsy, nakarmilem sie. Zjadlem mnostwo migdalow, ziemskich orzeszkow – solonych oraz przyrzadzanych w miodzie, pomaranczy, bananow i brzoskwin. Jogurt jagodowy, z ktorym rozmawiala kasjerka w supermarkecie, zjadlem przy uzyciu lyzki. Papierowa amerykanska flage, pierwotnie zakleta przez Siostry w tort, ja wetknalem w pudelko kalifornijskich rodzynkow. Po czym rozejrzalem sie dobrze dokola, a nigdzie jeszcze nie bylo mnie dosc. I chociaz list od Lavinii posluzyl mi za dowod osobisty w Carnegie Library, nie moglo to przyslonic braku jabluszek i rumianku.

Pierwsze slowa uslyszane w amerykanskim telewizorze kablowym usiadly na moim sercu jak noz i widelec na serwetce: Pussy Cat up to no good. Bylo to na Long Island w jednoosobowym pokoju w Midway Hotel, w deszczowa noc z trzydziestego na trzydziestego pierwszego grudnia 1989 roku. W lazience sciany byly ze szkla i mialem na wlasny uzytek siedem bialych recznikow frotte, grubych jak gabki. Lozko bylo filmowe, a naprzeciwko wisialo potwornych rozmiarow lustro. $72 za nocleg zaplacily linie lotnicze TWA, ale sniadanie nie bylo wliczone w te sume.

Tymczasem z Ameryki zostaly tylko niezmiernie dlugie samochody i Dzien Murzyna. Jeju, wariujemy w cukrze i w oleju. Wiec przygotowujac monolog Kleinmana ze sztuki Woody Allena Death (A Play), czytam jednoczesnie Mirona i Zabicie Ciotki. Juz wielokrotnie zlamalem amerykanskie prawo, chodzac do tego, co oni tutaj nazywaja pubem na plastikowy kubek Budweisera. Nie bede teetotal. I juz jestem wiekszy: na szczescie nie powolal mnie pan na stog. A wiec nie traccie nadziei, jesli ktory, lub lepiej ktora z Was jeszcze zipie, Marianisci: ogien mozna rozpalic nawet dwoma drewienkami, chyba ze sa skrecone sruba. W koncu ocknal sie Marian, przywalony gora glupstwa i nudy; nieco oddalony i odosobniony, wiode watpliwa i uboczna egzystencje tam, gdzie kiedys mnie nie bylo. A wlasnie… ciekawe, czy beda na mnie gwizdac – i jak gwizdac. Ale nic to, bo kto chlopieciem pryszczatym zgwalcil Chimere, temu leb hydry wyrosnie na szyi centaura. Stare formy, jak wiadomo od czasu, kiedy nie ukazal sie tomik Cafe Largactil i inne wyliczanki, ani rdzewieja, ani pryskaja latwo, a ja jestem wiekszy. Ciekawe, co zrobi Marian, gdy dostanie 21 lat.

Pragne jeszcze poinformowac Europejskich Wyznawcow i Prenumeratorow MARYANA 22, ze z chwila ogloszenia zaczyna obowiazywac nowa Oficjalna Maskotka Marianistow: Paula del Greco. Tym razem nie jest porcelanowa – i nie jest tez kostka cukru (patrz: moj Dziennik Nielegalny). Paula del Greco jest 20-letnia Amerykanka pochodzenia wloskiego, ma czarne oczy i lubi saksofon Davida Sanborne`a. Nosi gruby krzyzyk ze zlota i bardzo ciasne dzinsy. Zasadniczo, Paula del Greco nie istnieje, chociaz przypuszczalnie brala udzial w filmie Felliniego Satiricon. Spotkalem ja pewnego razu w Zlotym Trojkacie: powiedziala – Czesc, i ja powiedzialem – Czesc, ale bylo bardzo slabo slychac.

Dzis w moim mocarnym snie tlumy ludzi walily sie palkami po glowach. Czasem wieczorem zabijam karalucha i ide spac dumny. Jogurt inaczej smakuje jedzony lyzeczka metalowa, a inaczej, gdy plastikowa. Na dnie mojej szklanki z herbata osiadlo mrowisko, ale opustoszale. Sa tez rzeczy, ktore mnie zmniejszaja: np. zaby zamiast ludzkich genitaliow na obrazie Hieronima Boscha Woz siana, a takze to, ze wciaz nie moge natknac sie na gasienice, zeby spytac. Moim ulubionym fragmentem Kubusia Puchatka jest rozdzial z litera A, fijolkami i Klapouchym. Natomiast jestem juz w stanie wyjasnic Co Cco Hodzi, najdokladniej.

Daj, ac ja pofrune, a Ty oczekuj mego przyjscia. W szalu, jesli to bedzie zima, z rozpuszczonymi. Wyjalem jedna ze sprezyn, ktore podtrzymuja materac na mojej Gornej Pryczy, ale czy sprezyna moze zastapic Korone? Czekajac na mnie, mozesz zjesc pucharek lodow orzechowych. Bo zaprawde powiadam Wam, nie jest powiedziane, ze nie wynurze sie z wody. Albo, byc moze, wracajac do domu nad ranem, otrzepawszy lydki ze sniegu, zastaniesz mnie rozpartego wygodnie w najwiekszym z twoich foteli. Lub wsiadziesz do tramwaju, a ja migne wychodzac innymi drzwiami… A moze tez po drugiej stronie Lasu. Jezeli zamiast bialego noza zobaczysz na niebie nieruchomy punkt… Kiedy zobaczysz mnie na niebie, i zobaczysz, ze jestem calkiem nieruchomy, jak w martwej perspektywie, ale powiekszam sie, rosne do potwornych, sztucznych, wyuzdanych, genialnych rozmiarow… to znaczy ze wracam, prosto do Ciebie, pelnym ciagiem mojej wszechmogacej tygrysiej predkosci.

MARCUS COLUMBUS II

PS. Juz pierwszego dnia na lotnisku JFK w Nowym Jorku zauwazylem, ze w Ameryce bardzo wiele osob mowi po polsku. Na codzien nikt nie lubi uzywac tego jezyka, nawet wspominaja o tym bardzo niechetnie, ale jestem pewien, ze kiedy szepcza niewyraznie, mowia z pelnymi ustami, lub wykrzykuja nagle jedno slowo przez jezdnie, albo zapominaja sie na ulamek zdania – mowia po polsku. Staram sie zachowac to odkrycie dla siebie, bo gdy spogladam im w oczy aby zrozumieli, ze poznalem ich intymna tajemnice, sa niezmiernie zazenowani i zachowuja sie niepowaznie.

(Napisalem na komputerze IBM w laboratorium komputerowym, na parterze Cathedral of Learning: wielkiego, megalomanskiego, pseudogotyckiego, niesmacznego, kapitalistycznego a przeciez jakos rosyjskiego z pomyslu, domiska. Niedaleko jest laserowa drukarka i moge sobie wydrukowac, albo wyjsc i napic sie goracej czekolady.)