Café Largactil

W poprzek placu spacerują gołębie. Szare pierścienie zamykają się wokół dziesięcioletniego akordeonisty. Krakowskie Przedmieście kończy się – nie, zaczyna – wiaduktem, ale ja zawsze mam nadzieję, że pod spodem to Wisła. Pani Joasia opowiada mi historię Abelarda i Heloizy.

- Gołębie… Dlaczego nie łabędzie, tutaj? – pytam.

- mamy mamy niezdarę takiego

Dzieci. Płyniemy obok siebie jak dwie żelazne łodzie; w mojej głowie gałęzie żalu rozpościerają się aż do pierwszych Piastów. Sukienka Joasi szepcze do mnie spod rozpiętego od góry płaszcza

- Nihil obstat.

Przez nieuwagę trzaskam drzwiami. Ściana. Staroświecki (staroświecki, myślę) szatniarz zdejmuje płaszcz Joasi i z kupiecką atencją wymienia go na kawałek mosiężnej blachy. Spiralne schody prowadzą nas w dół, jak po sprężynce długopisu.

- Orator, w galerii na górze – przypominam sobie.

- Akwarela?

Podrzucam w dłoni telefoniczny żeton, potakuję. Siadamy pod owalnym okienkiem i słońce bez wahania kładzie grube, zakurzone ramię na sukience Joasi. Nietakt, myślę i czuję jak wyrasta mi nowa gałązka. Garść tulipanów rdzewieje w glinianej kaburze. Joasia wkłada rękę do torebki, wyjmuje, zamyka.

- To prawie kasyno, przydałby się krupier – mówię, dziwię się. Kelnerka odchodzi i powraca, eternel retour, przyczyna i skutek.

– przepraszam się
muszę panią
wypatroszyć

- Poniechaj.

W kącie przysiadło małżeństwo z dzieckiem. Wosk zastyga w rude wieżyczki na ich pustym stoliku; pytam Joasię, czy staroświecki może brać się ze starych świec. Długie serce drży w moich palcach. Popiół. Przedszkole.

– Panie Belwederze
Panie Wawelu
Panie Demonie Wiśniowy
Panie Torcie – mówię do tortu.

Południe. Fale suszy napływają w mój żołądek. Czas zaciera ręce.

- Entropia, panie Marku – poddaje Joasia.

- Czy tak, Panie Ojcze Wielki Ukartowany?

Kadzidełka dymią w żelaznej gardzieli – to, zdaje się, opium. Wyjmuję łyżeczkę z ust. Do jakich pocałunków bylibyśmy zdolni…

– wypraszam panią
muszę się
przepatroszyć

- Tres bien - Joasia uśmiecha się ciepło.

Bohomaz spływa z sufitu na ściany, ujarzmia nas jego żarłoczny kolor. Fortepian obok rodziny zamknięty jest na kłódkę; Joasia opowiada, jak kiedyś tańczyła na fortepianie. Ja o tym, jak raz wznieciłem mały pożar: niedopałek zasypiał w koszu, a obok dywan zaczął świecić wiśniowo. Ugasiłem ciepłą herbatą ze szklanki. Tego lata wszyscy uczyliśmy się tańczyć Lambadę.

- Aktualnie produkuję słomki do napoi – słyszę, milczę.

Joasia zauważa
Krawacik
jak patelnia na której
smaży się
brzuch tego pana.

Duszę filtr w popielniczce. Serwetka. Serwetki. Joasia bawi się łyżeczką.

- Dotknęłam pana jak motyl egretą – przypomina.

- Joasiu.

- Przepraszam, to było niechcący. Wychodzimy? – to nie całkiem pytanie.

Niemal czuję skrzypienie piasku i ciężar piramid, które zostają w tyle.

- Mamy mamy

- Widziałem też inne miejsca.

Wokół nas chodzą ludzie z rożkami pełnymi prażonej kukurydzy.