Archiwum kategorii Pismo nosem

Jak Korpożwirek i Euromorek prawo stanowili. Polemika z Robertem Gwiazdowskim

(Rzecz dotyczy tzw. „pakietu telekomunikacyjnego”, miłościwie uchwalonego 24 października przez Parlament Europejski, a w szczególności usunięcia w ostatniej chwili poprawki nr 138. Przyjęte zapisy pozwalają pozbawiać obywateli UE dostępu do Internetu bez wyroku sądu, na wniosek korporacji, właścicieli praw autorskich. Problem jest poważny. Po pierwsze dlatego, że pod naciskiem lobbystów parlament uchwalił prawo, którego będzie można bez trudu używać do cenzurowania wypowiedzi w Internecie, bo cóż łatwiejszego niż oskarżyć kogoś o naruszenie „własności intelektualnej”, szczególnie jeśli zarzutu nie trzeba dowodzić przed sądem. Po drugie dlatego, że przypadek ilustruje sposób stanowienia prawa w Unii Europejskiej i we wszystkich tzw. „demokratycznych” krajach, gdzie wybierani przez społeczeństwo posłowie, teoretycznie zobowiązani reprezentować interesy obywateli, w praktyce pieczętują żądania właścicieli prywatnych odrzutowców.

Panu Robertowi Gwiazdowskiemu udało się zganić nowe prawo telekomunikacyjne bez wzmianki o tym, jak powstało ani czyim interesom jest podporządkowane. Taka nabyta, intelektualna ślepa plamka.)

Powiadają, że największy ślepiec to ten, kto nie chce widzieć. Dzisiejszy wpis na blogu Roberta Gwiazdowskiego jest tego dobitnym przykładem.

Jest tu mowa o niemądrych parlamentarzystach z Brukseli (słusznie), nierozgarniętych dziennikarzach (ditto) i bezwolnych wyborcach, którzy są sami sobie winni, bo zagłosowali w eurowyborach. (Pan Gwiazdowski nie pierwszy raz przedkłada wyborczy defetyzm nad zorganizowaną akcję obywateli; jeszcze przed wiosennymi wyborami raczył odwodzić swoich czytelników od głosowania).

A czego nie ma? Nie ma tego, czego pan Gwiazdowski nie chce widzieć, a o czym jego wierni czytelnicy wolą nie wiedzieć. Po pierwsze tego, że „dyrektywa telekomunikacyjna” nie powstała w europarlamencie, bo ten nie ma inicjatywy ustawodawczej (i to dopiero jest ustrojowa granda, wołająca o pomstę do nieba). Dyrektywa jest tworem Komisji Europejskiej, której eszelony nie pochodzą z wyboru, a z niejasnych nominacji, osobistych układów i rozmaitych politycznych huśtawek, karuzel, gier i zabaw.

Według szacunków (bo w Brukseli, jak w Polsce, rejestrują się jako lobbyści tylko żółtodzioby i frajerzy), po siedzibie Komisji Europejskiej pałęta się ok. 15 000 lobbystów. W czyim interesie działają lobbyści, kto ich opłaca? Internauci? A może lewacy?

Panie Robercie, dla kogo pracują lobbyści, którzy w praktyce napisali nam prawo telekomunikacyjne?

Oto po raz kolejny zadziałała „niewidzialna ręka rynku” w sposób najbardziej dla siebie charakterystyczny, czyli pod stołem.

Czy właściciele Disneya to lewacy? Vivendi, Sony, Viacom — socjaliści? Rupert Murdoch jest pewnie komuchem? AOL/Time Warner, General Electric — eurokołchoz? A mnie się zdawało, że to są bohaterowie Pańskiej bajki, Panie Robercie.

Dlaczego nie napisze Pan po prostu i zgodnie z prawdą, że oto po raz kolejny zadziałała „niewidzialna ręka rynku” w sposób najbardziej dla siebie charakterystyczny, czyli pod stołem?

Z jednej strony nieograniczone pieniądze korporacji, uporczywy lobbing i nieprzeniknione negocjacje wewnątrz czarnej skrzynki, jaką jest Komisja Europejska — a z drugiej strony obywatele uzbrojeni… w co właściwie, w Magna Cartę? Pakiet telekomunikacyjny od początku do końca był tworzony przez korporacje i dla korporacji, a parlament przegłosował, co miał przegłosować.

Z czego pan Gwiazdowski wnioskuje, że najlepiej nie chodzić na wybory, a wszystkiemu są znów winni — a jakże — lewacy.

(O pakiecie telekomunikacyjnym można poczytać w serwisie Vagla.pl)

, , ,

Brak komentarzy

Najkrótsza ankieta polityczna na świecie

Króciusieńka, a miarodajna. W odpowiedzi na 10 prostych pytań dostajemy śliczny i wiele mówiący obrazek, w sam raz na avatar:

ankieta

Na każde pytanie trzeba wybrać odpowiedź „A” (agree — zgadzam się), „M” (maybe — może, nie wiem, nie mam zdania) lub „D” (disagree — nie zgadzam się). Pytania są po angielsku, a brzmią tak:

Światopogląd

  1. Państwo nie powinno cenzurować wypowiedzi, prasy, mediów ani Internetu.
  2. Służba wojskowa powinna być ochotnicza. Skończyć z poborem.
  3. Nie powinny istnieć żadne prawa regulujące seks między świadomymi swoich czynów dorosłymi ludźmi.
  4. Należy znieść wszelkie prawa ograniczające posiadanie i używanie narkotyków.
  5. Nic takiego jak państwowe identyfikatory (dowody osobiste) nie powinno istnieć.

Ekonomia

  1. Państwo nie powinno udzielać pomocy finansowej korporacjom. Koniec z rządowymi subsydiami dla biznesu.
  2. Należy znieść wszelkie rządowe bariery dla wolnego handlu między krajami.
  3. Każdy powinien odpowiadać za swoją emeryturę. Sprywatyzować ubezpieczenia społeczne.
  4. Prywatne organizacje charytatywne powinny zastąpić państwową opiekę społeczną.
  5. Należy obciąć podatki i wydatki z budżetu państwa o co najmniej 50%.

Sprawdź, gdzie leży Twoja kropka!

Dlaczego tak podoba mi się ankieta amerykańskich libertarian? Bo jest uczciwa i rzetelna, a na stronie z pytaniami nie ma wolnorynkowej propagandy — ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, to że taka prosta ankieta z Hameryki przerasta intelektualnie polską debatę polityczną o cztery głowy i 50 lat. Polska praktyka parlamentarno-medialna wygląda mniej-więcej tak:

     komuchy <--------------------|---------------PO----->IV RP

Czyli mniej-więcej od lewej do prawej, z tym że strona lewa jest „historycznie naznaczona” i w swojej demokratycznie wyłonionej reprezentacji lewicowa najczęściej tylko z nazwy , a po stronie prawej jest tylko jeden ciasny punkt, w którym muszą się zmieścić wszyscy co do jednego genetyczni patrioci z akowsko-katolickim rodowodem, których rodzice nigdy nie uprawiali seksu, czyli tzw. Polacy. Na lewo od tego punktu są tylko aferały, ubecy, wściekłe feministki i polskojęzyczna prasa.

Ale to jednowymiarowe kontinuum, nawet gdyby funkcjonowało w Polsce bardziej racjonalnie i rzeczowo, jest tragicznie nieadekwatne jako wyraz politycznej samodefinicji. Umiejscowienie się na spektrum lewo-prawo mówi nam, która jest godzina, ale nie informuje, czy w dzień, czy w nocy. Równie ważna jest oś pionowa — od postaw autorytarnych do wolnościowych. Jaka jest rola państwa w życiu obywateli? Jak daleko może ingerować prawo w intymne, osobiste decyzje? Bo okazuje się, że jest możliwa zarówno „wolnościowa” prawica (amerykańscy libertarianie) — jak i autorytarna lewica (ponownie odsyłam do szokujących wyników badań światopoglądu śląskich działaczy SLD).

Odnoszę wrażenie, że ta pionowa oś — a raczej jej nieobecność w polskiej debacie politycznej — jest jakąś miarą powszechnego polskiego tabu (żeby nie powiedzieć zakłamania). O postawach wolnościowych właściwie się nie mówi; nowe ustawy i projekty ustaw konsekwentnie zmierzają ku państwu coraz bardziej autorytarnemu, a tymczasem każdy żyje po swojemu, prawda? (Do czasu.) Cakiem jak za komuny: co innego robisz w domu, a co innego mówisz publicznie — a najlepiej nie mówisz nic.

Kiedy obserwujemy jedną z najniższych w Europie frekwencji wyborczych i jeśli w sondażach coraz częściej słyszymy odpowiedź „żadna parta z powyższych”, to być może wyjaśnienie kryje się właśnie tu. Strefa „na górze po lewej stronie” wykresu nie ma i przez ostatnich 20 lat praktycznie nie miała żadnej reprezentacji w parlamencie. I nie będzie jej mieć, dopóki nie zaczniemy o tym głośno mówić. I dopóki nie zaczniemy domagać się bezkompromisowej wolności osobistych wyborów. Nikt jej nam nie da w prezencie.

, ,

Brak komentarzy

Pożytki z korporacji, część siedemnasta: prywatne ubezpieczalnie

Nie można ubezpieczyć domu od pożaru w chwili, gdy dom już płonie. Nie będzie honorowana polisa samochodowa wykupiona po dacie kradzieży auta. Wydaje się to uczciwe i zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Mniej oczywiste bywają spory w przypadku ubezpieczeń zdrowotnych, kiedy ubezpieczyciel próbuje nam udowodnić, że w chwili wykupienia polisy wiedzieliśmy już — albo powinniśmy byli wiedzieć — o schorzeniu, za leczenie którego ów ubezpieczyciel ma teraz zapłacić.

Ubezpieczyć się można od zdarzeń, które nastąpią w przyszłości, a nie od tych, które już nastąpiły. Innymi słowy, polisa nie obejmuje „stanu istniejącego” w chwili jej wykupienia.

A czy gwałt można uznać za „stan istniejący”?

Dwóch mężczyzn odurzyło Christinę Turner narkotykiem. Ocknęła się na drodze, poharatana, posiniaczona i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zgwałcona. Lepiej dmuchać na zimne, więc lekarz przepisał jej miesięczną dawkę preparatu chroniącego przed wirusem HIV. Kilka miesięcy później okazało się, że żaden ubezpieczyciel nie sprzeda jej polisy zdrowotnej, ponieważ leczyła się na AIDS, a to jest właśnie ów „stan istniejący”, pre-existing condition. Niech pani przyjdzie za trzy, cztery lata — mówili — może wtedy zmienimy zdanie, jeśli do tego czasu nie zachoruje pani na AIDS.

Nie jest to przypadek odosobniony, w tym artykule można znaleźć szereg podobnych sytuacji. A tu więcej szczegółów na temat przypadku Christiny Turner.

A przemoc domowa? „Stan istniejący”, a jakże! Kobieta maltretowana przez męża także usłyszy od prywatnego ubezpieczyciela, że jest obarczona zbyt wysokim ryzykiem, by firma zachciała ją objąć ubezpieczeniem.

W Stanach — inaczej niż w Polsce — żaden człowiek szanujący swój własny wizerunek publiczny nie powie, że zgwałcona albo maltretowana kobieta jest „sama sobie winna”. Na pewno nie wyrazi takiego zdania korporacja, bo jej wydatki na prawników i kampanię PR mogłyby znacząco wzrosnąć. A jednocześnie niewidzialna ręka rynku narzuca postępowanie doskonale zgodne z takim właśnie przaśnoprawicowym światopoglądem. Nie sądzę, żeby to był przypadek.

, , ,

Brak komentarzy

Iran Groźny?

Nie poprzemy ataku na Iran, mówi rząd (na dzisiaj). Nasi ministrowie, łaskawcy, uznali, że udział w ewentualnej wojnie z Iranem „zaszkodziłby interesom Polski”. W Iranie na pewno odetchnęli z ulgą, bo gdyby Minister Sikorski dopatrzył się jednak polskiego interesu w zrzucaniu bomb na Teheran, byłoby z nimi krucho. Na pewno kruszej, niż będzie bez nas.

A więc (tymczasowo) odstępujemy od udziału w ewentualnej napaści na suwerenny kraj. Nie dlatego, że ten kraj jest suwerenny. Ani dlatego, że nic nam nie zrobił. Ani, bo w żaden sposób nam nie zagraża. Ani też dlatego, że w odróżnieniu od krajów, z którymi lubimy wojować (i mamy w tym interes), Iran nie jest nawet krajem arabskim. Ani dlatego, że Persowie są najbardziej prozachodnim społeczeństwem między Morzem Czerwonym a Czukotką. Ani rzecz jasna dlatego, że taki atak byłby przestępstwem, a ci, którzy się go dopuszczą — zbrodniarzami wojennymi w świetle prawa międzynarodowego. No i nie dlatego, że to grzech. I hańba. I naprawdę zbrodnia. Gdzie tam.

Po prostu nie mamy w tym interesu. Orlen za cienki w uszach, żeby postawić rafinerię pod Ahwazem. Bumar nic tam nie wskóra, bo lepszy i pewnie tańszy sprzęt śle Moskwa. Po prostu niewidzialna ręka rynku!

Dlatego (na razie) nie my zombardujemy dom, w którym mieszkają ci państwo. Z wdzięczności aż mi się chce głosować na PO.

Nie mamy interesu w napaści na Iran. Orlen nie postawi tam rafinerii, a Bumar nie sprzeda transporterów. Najwyraźniej za Iranem wstawiłą się niewidzialna ręka rynku.

Ale ale… Czy Iran aby nie jest groźny? Bardzo? Przecież tarcza rakietowa (czy nawet anty-rakietowa) miała nas chronić właśnie przed Iranem. Tak mówili w tiwi, więc tak było. Nie Ameryki, tylko nas — i nie przed Ruskimi (forget it), tylko przed ajatollahami i ich strażą rewolucyjną. Bo mieli wystrzelić w nas rakiety, których nie mieli. Nie mają. I nie będą mieć.

Może dlatego nie będzie tarczy? Bo Iran nie ma rakiet, więc wychodzi na zero, a grosz zostanie przy duszy…

No dobrze, ale czy prezydent Iranu nie groził, że zetrze Izrael z powierzchni ziemi? Łajp of ze mep? Czy nie musimy Działać? Czy to się godzi zostawić starszych braci na pastwę neo-Hitlera? Zaraz… No dobra, macie rację. Ahmadinejad niczego takiego nie powiedział. Po pierwsze dlatego, że „wipe off the map” to angielski idiom, a prezydent Iranu nie mówi po angielsku. Po drugie i kolejne – link dwa zdania wcześniej. Żeż ty, jak człowiek nie zna perskiego w tę i nazad, to nawet gęby nie wypada rozdziawić. Bo można skłamać.

Ciekawość, co w takim razie zrobi Obama. Bo jego sekretarz stanu, która zna angielski, zapowiadała jeszcze rok temu, że jest gotowa unicestwić Iran. „Totally”, powiedziała.

A całkiem poważnie… mam pytanie. Kogo, w jaki sposób i ile razy zaatakował Iran – bo ja wiem – w ciągu ostatnich 50 lat? Chyba kogoś musiał zetrzeć z powierzchi ziemi, skoro tak nam zagraża? Ktoś zna odpowiedź?

Ciąg dalszy pewnie nastąpi.

Dziesięć rzeczy, które ci się zdaje, że wiesz o Iranie

BBC : Inside Iran. Film zrobił Rageh Omaar, ten przystojniak, zanim zdezerterował do Al Dżaziry. A dobre filmy robił!

, , ,

Brak komentarzy

Prawo i sprawiedliwość, całą dobę

Dzięki piętnastodniowej przygodzie Mariusza Maszkiewicza z białoruskim wymiarem prawa i sprawiedliwości wiemy dokładnie, jak dyktatura postępuje z manifestującą opozycją: zamyka na 15 dni za chuligaństwo. Jeszcze raz, powoli i systematycznie, żebyśmy to dobrze zapamiętali: za udział w pokojowej, ale niemiłej władzy manifestacji politycznej grozi kara aresztu z paragrafu o chuligaństwie.

Tak pod rządami dyktatora. Polska prasa i media, głęboko zaangażowane w akcję uwalniania polskiego więźnia sumienia, informowały w każdym serwisie o sposobie, w jaki Łukaszenka rozprawia się z białoruską opozycją. Co najmniej jeden publicysta zdążył zapytać, kiedy do Mińska pojedzie Grom z zadaniem odbicia uwięzionego, a sam Łagodny i Dobry Pan Premier przed gmachem MSZ umajony bukietami mikrofonów domagał się uwolnienia byłego ambasadora. (Poniekąd na próżno: minister właściwy Meller nie mógł go usłyszeć, bo akurat gościł w zaprzyjaźnionej ChRL).

Tymczasem władze IV RP przygotowały właśnie projekt ustawy o tak zwanych sądach 24-godzinnych, które w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne będą prosto i skrótowo rozprawiać się z rodzimymi chuliganami. Chuligana, jak chce projekt, będzie można zapuszkować na czas od kilkunastu dni do pięciu lat. Bez apelacji. I słusznie.

No dobrze, ale kto to właściwie jest ten chuligan? Projekt ustawy definiuje:

Występkiem o charakterze chuligańskim jest występek polegający na umyślnym zamachu na zdrowie, na wolność, na cześć lub nietykalność cielesną, na bezpieczeństwo powszechne, na działalność instytucji państwowych lub samorządu terytorialnego, na porządek publiczny albo na umyślnym niszczeniu, uszkodzeniu lub czynieniu niezdatnym do użycia mienia, jeżeli sprawca działa publicznie i bez powodu albo z oczywiście błahego powodu, okazując przez to rażące lekceważenie porządku prawnego.

Jeszcze raz, powoli i systematycznie, z kilkoma skrótami, żeby pominąć proste przypadki tłuczenia sklepowych wystaw butelkami po jabolu:

Występkiem o charakterze chuligańskim jest występek polegający na umyślnym zamachu (…) na bezpieczeństwo powszechne, na działalność instytucji państwowych lub samorządu terytorialnego, (…) na porządek publiczny.

I tu zwracam się z ogromną prośbą do dziennikarzy i publicystów, szczególnie tych, którym leżał na sercu los skazanego za chuligaństwo pana Maszkiewicza. Czy cały sztab Gazety Wyborczej, pani Paradowska, panowie Najsztub i Żakowski, pani Olejnik, pan Lis, a może nawet Flip i Flap polskiego dziennikarstwa, panowie Sekielski i Morozowski zechcieliby zadać władzom IV RP, a szczególnie ministrowi Ziobro, wiceministrowi Kryże i Pogodnemu acz Stanowczemu Panu Premierowi następujące pytanie:

Czy ustawa o sądach 24-godzinnych będzie, czy nie będzie stosowana wobec uczestników pokojowych manifestacji organizowanych w Polsce, również takich manifestacji, które odbędą się bez przyzwolenia władz miasta? Czy za udział w antywojennej pikiecie przed siedzibą „instytucji państwowej lub samorządu terytorialnego” będę mógł zostać zapuszkowany na 15 dni? A na jaki wyrok zasłużę sobie uczestnictwem w tegorocznej, ewentualnie przyszłorocznej Paradzie Równości, szczególnie jeśli p.o. prezydenta Warszawy ponownie nie wyrazi zgody na jej zorganizowanie?

Jak lubi mawiać Tomasz Lis: pytam poważnie, bo nie znam odpowiedzi.

Zaproponowana w projekcie ustawy definicja chuligaństwa pasuje jak ulał do Parady Równości. Zagrożenie „bezpieczeństwa powszechnego” jest jakby oczywiste, bo właśnie względami bezpieczeństwa kierował się (między innymi) były prezydent Warszawy Lech Kaczyński, odmawiając zgody na zeszłoroczną paradę. O „porządku publicznym” także nie może być mowy, kiedy na ulicę wychodzą uśmiechnięci, podejrzanie radośni ludzie, a wśród nich geje, lesbijki i żydokomunomurzynolewacy. Ktoś może dostać w głowę sloganem!

Definicja chuligaństwa zawiera jeszcze klauzulę przyczyny: z występkiem chuligańskim mamy do czynienia, jeśli _„sprawca działa (…) bez powodu albo z oczywiście błahego powodu”_. Były prezydent Warszawy Lech Kaczyński w oczywisty sposób uznał Paradę Równości za wydarzenie błahe, którego nie chroni konstytucyjne prawo do zgromadzeń, tak jak nie chroni trzech panów i butelki po jabolu, z którą nie ma co zrobić.

W tym tonie utrzymywały się praktycznie wszystkie „rzeczowe” głosy przeciwko paradzie (w odróżnieniu od głosów moralizatorskich): nikt w Polsce nie jest prześladowany, geje nie są dyskryminowani, więc nie mają przeciwko czemu protestować, a stąd wniosek, że parada została zorganizowana z „błahego” powodu. Bo skoro w kraju panuje tolerancja, a każdy ma prawo głosić swoje poglądy i uczestniczyć w życiu publicznym, osoby protestujące przeciwko dyskryminacji czynią to bez umocowania przyczynowego, albowiem dyskryminowane nie są. Proste jak pałka.

Dlatego ponawiam pytanie, na które nie znam odpowiedzi, i będę niezwykle wdzięczny, jeśli polskojęzyczne i spiskujące media spróbują tę odpowiedź uzyskać: czy na mocy przyszłej ustawy o sądach 24-godzinnych za występek o charakterze chuligańskim będzie uznawane uczestnictwo w jakiejkolwiek pokojowej manifestacji, a szczególnie takiej, która godzi w poczucie moralności i dobrego smaku byłego prezydenta Warszawy?

A jeśli tak, to czy Popularny i Skuteczny Pan Premier stanie pod gmachem MSW i w girlandach mikrofonów będzie się domagał mojego uwolnienia przed upływem 15 dni?

, ,

Brak komentarzy

Nim zginiemy w zupie

„Jeśli przywódcy naszego społeczeństwa – politycy, szefowie korporacji i właściciele prasy i telewizji – zdołają zapanować nad naszymi myślami, ich władza będzie całkowicie bezpieczna. Wojsko nie będzie musiało patrolować ulic. Będziemy kontrolować się sami”.
– Howard Zinn, historyk amerykański

George lubi cheeseburgery z cebulką, a Laura woli z ostrą papryczką. Takie oto smaczki w letni piątkowy wieczór serwują „Fakty” TVN, jakby zakładając, że wśród złaknionych „całej prawdy całą dobę” dominują tropiciele kulinarnych newsów z wyższych sfer, do których bez wątpienia należy rozpieszczana przez nasze media amerykańska para prezydencka. Ta sielankowa atmosfera wpisuje się w leniwy nurt cebulkowo-papryczkowego dziennikarstwa uprawianego przez większość polskich korespondentów z Ameryki.

Tymczasem nad rancho w teksańskim Crawford nieoczekiwanie zbierają się chmury. Obok rzeczonych jarzyn pojawia się bowiem wątek Cindy Sheehan (już dziś okrzykniętej nową Rosą Parks), matki dwudziestoczteroletniego amerykańskiego żołnierza, który – jak blisko dwa tysiące innych – z wojny w Iraku powrócił w trumnie. Sheehan i inni przeciwnicy II Wojny o Ropę od początku sierpnia pikietują przed posiadłością prezydenta Busha, który jak dotąd nie znalazł dla nich czasu w swoim wakacyjnym grafiku. I pewnie już nie znajdzie – ostatniego równie błogiego relaksu, przed czterema laty, nie zdołał mu zakłócić nawet raport wywiadu z 6 sierpnia 2001 r., zatytułowany „Bin Laden zdecydowany uderzyć na obszarze USA”.

Ciemno wszędzie…

Najnowsza fala antywojennych protestów przetaczająca się przez Amerykę to tylko jedno ze zjawisk, które konsekwentnie umykają uwadze polskich mediów. Zwykli ludzie ze świecami w dłoniach interesują naszych zagranicznych korespondentów równie mało ile coraz ostrzejsze i powszechniejsze głosy krytyki pod adresem administracji Busha, poparte obszernym materiałem dowodowym i sygnowane przez znane i wiarygodne nazwiska. Czy to pewna taka nieśmiałość, czy już autocenzura w naszych wolnych mediach? Czyżbyśmy woleli nie wiedzieć i nie zauważać, bo konfrontacja z faktami może nas zmusić do odpowiedzi na trudne pytania, zburzy nasz święty spokój?

Jawną częścią doktryny amerykańskich neokonserwatystów jest dziś starożytna opozycja „oświeceni kontra barbarzyńcy”.

Dlaczego zamiast nagłaśniać protest Sheehan polskie media wolą cebulkę? Odpowiedzi na to pytanie mogą udzielić tylko właściwe redakcje – mnie pozostaje sfera domysłów. Zanim się domyślę, że wszystko, co nie pasuje do naszego wyobrażenia Ameryki, jej przywódców i ich polityki zagranicznej wzbudza naszą nieufność, wysunę szeroko dziś lansowaną hipotezę cywilizacyjną, która ściśle się splata z hipotezą rynkową.

Jawną częścią doktryny amerykańskich neokonserwatystów jest dziś starożytna opozycja „oświeceni kontra barbarzyńcy”. Świadomie bądź nie, promuje ją większość tamtejszych mediów. A choć Polak rasistą nie jest i choć nie wszystkich przekonuje ideologia świętej wojny kultur, na ogół dumnie przyznajemy się do orientacji „prozachodniej” i szczycimy przynależnością do „cywilizowanego świata”. (Z)wiedzione zasadą „dobre, bo amerykańskie”, polskie stacje telewizyjne, rozgłośnie i gazety kupiły już wygodny w obsłudze i tani w eksploatacji czarno-biały model świata, w którym duży może więcej. A że „might makes right”, im więcej może, tym większa jego racja.

I tu nie domysł już, lecz fakt: w tym mocno uproszczonym świecie żeby zaistnieć, trzeba się sprzedać. Kto nie jest top trendy, wypada z gry. Dobrze opakowane i odpowiednio podane newsy są zawsze w cenie. Obok wiadomości lekkich, łatwych i sprzyjających konsumpcji, istnieją takie, które ożywiają koniunkturę. Gdy dolar spada a ropa idzie w górę nic nie sprzedaje się lepiej niż wojna z terroryzmem – szeroko reklamowana inwestycja w historię, mająca trwać, według różnych szacunków, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat (republikański senator Newt Gingrich), bądź wiecznie (Dick Cheney).

Bezterminowa wojna z terroryzmem będzie się świetnie sprzedawać pod warunkiem, że nikt nam jej nie pokaże od kuchni. Jesteśmy w stanie kupić wiele – nawet koncepcję, że wojna z terroryzmem uzasadnia ograniczenia praw obywatelskich – ale nie wszystko. Nie powinniśmy na przykład wiedzieć o istnieniu statków, na których poza zasięgiem prawa torturuje się podejrzanych o terroryzm, ani być szczegółowo informowani o liczbie ofiar po stronie przeciwnika. Niewskazane są spekulacje, kto i w jaki sposób na wojnie skorzystał. Ignorancja jest siłą.

Jak każdy dobrze wypromowany produkt, ten megashow XXI wieku ma jeszcze jedną zaletę: skupia na sobą całą uwagę. Dzięki wojnie z terroryzmem amerykańskiej opinii publicznej nie rozprasza pamięć o wyborczym hokus-pokus sprzed pięciu lat, gdy pozbawiono prawa do głosowania 50 tysięcy osób, a Sąd Najwyższy nie dopuścił do ręcznego przeliczania głosów. W warunkach podwyższonego alertu kłopoty z maszynami do głosowania firmy Diebold nie zakłóciły kampanii prezydenckiej z 2004 r. Wojna z terroryzmem przyćmi też kampanię Cindy Sheehan. Bo teraz mamy wspierać nasze wojsko, a nie oglądać płaczące matki i trupy żołnierzy. Złe wiadomości z frontu psują morale. Siła mediów polega również na tym, ile i za ile potrafią milczeć.

Głucho wszędzie…

W Polsce milczy się długo. Mało kto w naszym kraju słyszał o istnieniu neokonserwatywnej organizacji o nazwie „Project for the New American Century”, zrzeszającej czołowych graczy na amerykańskiej scenie politycznej (m.in. wiceprezydenta USA Dicka Cheneya, sekretarza obrony Donalda Rumsfelda i jego zastępcę Paula Wolfowitza), która propagowała nowy układ sił na świecie na długo przed 11 września. Gdyby nie zbierający w Polsce cięgi „Fahrenheit 9-11” Michaela Moore’a, przeciętny Kowalski nigdy by nie przypuszczał, że gdy po ataku na World Trade Center i Pentagon wprowadzono całkowity zakaz lotów na terenie USA (uniemożliwiając powrót do kraju przebywającemu za granicą byłemu prezydentowi Clintonowi i „uziemiając” samego George’a Busha seniora), liczni przedstawiciele rodu bin Ladenów bezpiecznie wylatywali z Ameryki w dyskretnej asyście służb specjalnych. Bez kłopotliwych pytań i przesłuchań, choć zanim jeszcze trzysta tysięcy ton stali każdej z bliźniaczych wież zmieniło się w cmentarzysko blisko trzech tysięcy ludzi, Osama bin Laden był wymieniany jako prawdopodobny sprawca i sponsor największego ataku terrorystycznego w historii Stanów Zjednoczonych. Czyżby, jak sugeruje w swej najnowszej książce o znamiennym tytule „The New Pearl Harbor” amerykański teolog David Ray Griffin, agenci FBI i najwyższe władze amerykańskiego państwa nie spodziewały się uzyskać od Saudyjczyków niczego poza tym, co było im już znane?

Niechęć do wiedzy i zadawania trudnych pytań jest naszym ulubionym towarem importowym z Bushowskiej Ameryki. Nic w tym dziwnego: łatwiej przełknąć cebulkę, a nawet wizową papryczkę, niż świadomość fiaska polityki zagranicznej. A takim jest niewątpliwie polski udział w inwazji na Irak, opartej, nie da się już ukryć, na fałszywych przesłankach, dziś chętnie określanych błędami wywiadu. O ileż przyjemniej jest słuchać dobrych wiadomości i śledzić miłosne perypetie Maksa Kolonko zamiast zadręczać się naszą rolą, bądź co bądź, okupanta, dość kłopotliwą w świetle naszej historii i dalece niekomfortową w obliczu podwyższonego ryzyka ataku terrorystycznego. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam zbiorowego rozgrzeszenia we własnych oczach (w sobotnim wydaniu wieczornych „Faktów”, z 20 sierpnia, udzielił go hojnie widzom Jacek Pałasiński, który komentując wizytę Benedykta XVI w Kolonii wymienił wojnę w Iraku, na równi z 11 września i zamachami w Londynie, jako przykład agresji ze strony świata muzułmańskiego). Trzeba nam również zbiorowej amnezji, by zapomnieć, że przystępując do operacji „Iracka Wolność” nie szukaliśmy intratnych kontraktów, lecz broni masowej zagłady i tylko przypadek sprawił, że polskie stacje chętniej poświęcały czas antenowy spekulacjom o szansach Bumaru i skandalowi wokół Ostrowski Arms, niż wolności Irakijczyków. Kiedy osławione ciężarówki-laboratoria, podobnie jak wzbogacony uran z Nigru, okazały się równie iluzoryczne jak nadzieje na demokrację w Iraku i Afganistanie czy ujęcie Osamy, zamiast poszukiwania broni, naszą misją stało się obalenie zbrodniczego dyktatora. Wprawdzie za czasów Reagana Saddam gościł u siebie Donalda Rumsfelda i był regularnie zbrojony przez Amerykę (nawet po pamiętnej zbrodni w Halabdży), lecz chyba wszyscy się zgodzą, że musiał odejść. Kogo nie przekonuje udział Iraku w zamachach z 11 września (który długo przekonywał większość Amerykanów) zapewne przekona światowy kryzys naftowy i rosnące społeczno-polityczne napięcie na Bliskim Wschodzie. Problem tkwił tylko w tym, by – jak radził Zbigniew Brzeziński w artykule zatytułowanym „Jeśli musimy walczyć”, opublikowanym w Washington Post 18 sierpnia 2002 – iracką wojnę „przeprowadzić w sposób usprawiedliwiający amerykańską hegemonię”. Ale z tym akurat nasze media poradziły sobie znakomicie.

Bo my tu w Polsce kochamy Amerykę. Bezwarunkowo i bezkrytycznie. Kochamy ją za wspólne obalenie komunizmu, za NATO, giełdę, Myszkę Miki, F-16 i cheeseburgera z cebulką. Kochamy prezydenta Busha i jego administrację, która z pasją krzyżowców wybawia zachodnią cywilizację przed siłami ciemności i lada chwila popchnie nas do nowej krucjaty przeciwko niewiernym i niepokornym. W kolejce do wyzwolenia czeka Iran i Korea Północna, a oś zła można zawsze przedłużyć o tych, co nie z nami. Ameryce jesteśmy gotowi wybaczyć każde potknięcie, tym chętniej, że z medialnych relacji dowiadujemy się najczęściej o niewinnych gafach przy stole lub prezydenckich upadkach rowerowych. Waszyngtoński korespondent Gazety Wyborczej, Marcin Gadziński, w artykule pt. „Jakim kolarzem jest Bush” z 21 sierpnia zapewnia, że wbrew powszechnym opiniom (jakim kolarzem jest – każdy widzi) Bush jeździć umie, czego dowodem jest ostatnia dwugodzinna przejażdżka z samym Lancem Armstrongiem. Gadziński drobiazgowo analizuje prezydenckie kalorie i tętno w stanie spoczynku (jak u wyczynowych kolarzy!). Gdyby polscy dziennikarze z równą dociekliwością prześledzili losy ucinanych przed 11 września dochodzeń FBI, pokusili się o wnikliwą analizę biznesowych powiązań rodziny Bushów i wiceprezydenta Dicka Cheneya, zapoznali się z założeniami spędzającego sen z oczu porządnym obywatelom „Patriot Act” i przedstawili społeczeństwu wizję świata według amerykańskich neokonserwatystów, być może nasze media dałoby się ocalić przed cebulkową autocenzurą, a nas – przed półprawdami całą dobę. Jeszcze nie jest za późno.

Post scriptum – co to będzie?

21 sierpnia amerykańska stacja telewizyjna z Utah, KTVX, odmówiła wyemitowania antywojennego spotu reklamowego z udziałem Cindy Sheehan, w uzasadnieniu podając, iż „przedstawione w materiale opinie nie odpowiadają zapotrzebowaniu naszego rynku i nie zostaną pozytywnie odebrane przez naszych widzów”. Sam George Orwell nie ująłby tego lepiej.

Anna Duniewicz

, , ,

Brak komentarzy